przyjaźń

Listy misyjne. Grecja

Listy misyjne wysyłane przez wolontariuszy z Polski, którzy wyjechali na zagraniczne misje, to tradycja w Domach Serca. Od wielu już lat nasi wolontariusze opisują swoją przyjaźń ze spotkanymi ludźmi, dzielą się w nich swoimi przeżyciami, radościami i trudnościami. Chcielibyśmy podzielić się z Wami fragmentem listu Karoliny, która od października 2020 r. mieszka w Domu Serca w Grecji.

Czego uczy nas misja?

Misja jest czasem odkrywania piękna w rzeczach małych, codziennych, niepozornych. Uczy doceniania drobnych gestów, uśmiechu, czasu spędzonego razem. Bóg zaprosił mnie do przeżycia tej przygody, choć nie obiecywał, że będzie „łatwo”. Jestem Mu jednak wdzięczna za to powołanie, za tę szkołę miłości, której tutaj doświadczam. Uczę się tutaj, że każdy chce być kochany oraz kochać. Jest głębokie pragnienie w ludziach, by być przyjętym przez kogoś. Pragnienie, by mieć dom, ciepłe miejsce, w którym możesz ogrzać swoje serce. Głębokie pragnienie, by mieć przyjaciela. Co to jednak znaczy zbudować przyjaźń, być przyjacielem, być bliźnim dla siebie nawzajem? Chyba najpełniej to znaczenie oddaje słowo miłosierdzie. „Miseri-cor-dia” to znaczy wrzucić nędzę bliźniego do swojego serca. Bliźni to ten, wobec którego potrafię stać się bliski, okazując mu miłosierdzie.

Prawdziwa przyjaźń

Przed świętami pożegnaliśmy naszego Przyjaciela, który był dla nas jak Dziadek. Na imię miał Claude, pochodził z Libanu. Miał 84 lata. Jego żona była Greczynką, zawsze bardzo pięknie o niej opowiadał. Bardzo ją kochał, nawet pomimo choroby Alzheimera, która dotknęła ją pod koniec życia. Claude bardzo się nią opiekował i pilnował, by nigdy nie opuszczała domu sama, gdyż było to dla niej bardzo niebezpieczne. Pewnego dnia jednak drzwi były otwarte i jego żona wyszła na zewnątrz. Zaginęła. Po dwóch dniach odnaleziono ją martwą. Claude winił się za jej śmierć, że nie udało mu się o nią właściwie zatroszczyć.

Po jej śmierci zamieszkał w domu spokojnej starości. Kiedy zakończył się program pomocy finansowej dla domu opieki społecznej, ośrodek został zamknięty, a Claude musiał zamieszkać sam w pustym mieszkaniu. Nasza przyjaźń z nim rozpoczęła się właśnie od tego momentu. Claude mógł porozumiewać się w kilku językach: arabskim, greckim, angielskim, francuskim, włoskim, hiszpańskim. Odwiedzaliśmy go raz w tygodniu i słuchaliśmy pięknych opowieści o jego młodości, o tym jak był koszykarzem w narodowej drużynie, o jego biznesie grecko- libańskim, o tym, jak piękny jest Liban, o jego ulubionej potrawie, którą jest zupa z soczewicy.

Pewnego dnia odwiedził nas w naszym mieszkaniu i gotowaliśmy razem tę słynną zupę. Śpiewaliśmy także wspólnie „La vien en rose” Edith Piaf. Claude wspominał, że miał okazję zobaczyć ją kiedyś na koncercie i mówił o niej : „she was so ugly, but she was a goddess”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza, że jako kobieta z urody była mało urodziwa, ale ze względu na piękny głos była dla niego jak bogini. Kiedy w trakcie swoich historii odpowiadał na nasze pytania dotyczące czasu, np. „Claude, kiedy to było ?” zwykł na wszystko mówić, że „1,5 roku temu”, z właściwym sobie akcentem. Często nazywał nas „such a beautiful company” (ang. „tak pięknym towarzystwem”).

Pożegnanie

Ostatnia wizyta Claude`a w naszym mieszkaniu była pięknym doświadczeniem, mogliśmy spędzić razem cały dzień. Claude mógł wziąć gorący prysznic, Antonia ostrzygła mu włosy. Potem zrobiliśmy razem dżem cytrynowy, słuchaliśmy kolejny raz opowieści o wspaniałym Libanie. Niedługo po tym, pewnego dnia Claude zamówił jedzenie przez telefon i zszedł na dół, żeby je odebrać. Upadł na schodach i uderzył się w głowę. Przyjechało pogotowie, zabrano go szpitala, gdzie przeszedł operację. Stłuczenie głowy było tak duże, że był utrzymywany w śpiączce farmakologicznej.

W tym samym dniu, kiedy to się wydarzyło, jego wnuczka, 14-letnia córka Rose-Mary, próbowała popełnić samobójstwo i także trafiła do szpitala. Z tego tez powodu, Rose-Mary nigdy nie odwiedziła swojego ojca w szpitalu, ponieważ cały czas spędzała ze swoją córką. Nastolatka była w na tyle ciężkim stanie, zwłaszcza psychicznym, iż obawiano się, że może powtórzyć próbę samobójczą. Na szczęście nam się udało odwiedzić Claude`a, dzięki naszemu proboszczowi, który przyszedł z sakramentem namaszczenia chorych. W czwartek wieczorem, jako ostatnie, Antonia i ja, mogłyśmy go zobaczyć. W piątek rano zadzwoniła Rose-Mary, z informacją, że Claude zmarł. Kochany Claude, dał nam szansę się z nim pożegnać. Wierzę głęboko, że Claude pomaga teraz swojej rodzinie z innego miejsca, bo tutaj na ziemi nie mógł już tego zrobić. I wierzę, że śpiewa nadal z nami „La vie en rose”, które na zawsze pozostanie w naszych sercach, tak jak i Claude.

Być czy mieć?

Misja jest czasem spotkania z Bogiem, z drugim człowiekiem, z sobą samym. To czas, w którym można się zastanowić, dlaczego i po co żyjemy. Jest w nas, ukryta głęboko pustka, której nikt i nic nie może wypełnić oprócz Boga. Dobrze płatna praca, wciągające hobby, wspaniały dom, przystojny mąż, piękna żona czy zdolne dzieci. Nic nigdy nie jest idealne, a w nas pozostaje tęsknota za Bogiem.

„Niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Bogu” pisze św. Augustyn. Tę tęsknotę można zagłuszać na tysiące sposobów, mnożąc liczbę chorób, jak np. pracoholizm, alkoholizm, uzależnienie od narkotyków, zakupów, internetu, gier, itd. Świat oferuje nam naprawdę wiele możliwości. Jestem wolnym człowiekiem, mogę wybierać. Być czy mieć ? Odwieczny konflikt pomiędzy światem duchowym a materialnym. „Cóż z tego, jeśli człowiek cały świat pozyska, jeśli szkodę na swej duszy poniesie”. Co nam daje prawdziwe szczęście oraz pokój w sercu ? Wszystko, co człowiek posiada, co osiągnął w życiu, co przeżył, staje się niczym wobec nieumiejętności kochania. Kochania Boga, bliźniego, siebie samego. Nie potrafimy kochać sami z siebie. Misja uczy czystości serca. Patrzenia na drugiego człowieka w całkowicie bezinteresowny sposób.

Przyjaźń znaleziona na ulicy

Bardzo bliski memu sercu jest apostolat wśród ludzi bezdomnych, uzależnionych od alkoholu, narkotyków. Przed lockdownem zwykliśmy raz w tygodniu wybierać się do centrum miasta (teraz robimy to tylko w obrębie naszej dzielnicy), by spotkać naszych Przyjaciół mieszkających na ulicy. Przygotowujemy dla nich kanapki, gorącą herbatę, przynosimy ubrania, koce. Oferujemy też możliwość spotkania z lekarzem, pomoc w znalezieniu miejsca w schronisku. Przede wszystkim jednak oferujemy im swoją obecność, czas, rozmowę, przyjaźń. Często nikt inny nie chce z nimi mieć kontaktu, bywają odrzuceni przez rodziny, bardzo samotni w cierpieniu. Jednak oni, swoją obecnością, dali mi znacznie więcej. W nich spotkałam Jezusa ukrzyżowanego. Tego, który został zdradzony przez najbliższych, osadzony, odrzucony przez społeczeństwo. Z którego się naśmiewali. Spotkałam Jezusa z szat obdartego, głodnego, spragnionego, z wieloma ranami na ciele i duszy, dźwigającego krzyż ciężkich doświadczeń.

Szkoła miłości

Jednak najgorsza w tym wszystkim jest ich samotność. To doświadczenie jest dla mnie prawdziwą szkołą miłości. Misja uczy być sobą, czyli takimi, jakimi stworzył nas Bóg. Wyzwala z szufladek o sobie samym, z pewnych stereotypów myślowych. Uczy życia w wolności dziecka Bożego. Człowiek zrzuca maski, jakie założył na potrzeby społeczeństwa, oczekiwania innych oraz swoich własnych. Kiedy spotykasz ludzi w trakcie misji, zazwyczaj nie liczy się dla nich to kim byłeś, co robiłeś wcześniej, ani nawet to, jak wyglądasz. Ważne jest to, czy potrafisz ofiarować siebie i swój czas konkretnej osobie, czy potrafisz kochać. To czas, który uczy żyć chwilą, leczy z perfekcjonizmu i nadmiernego planowania w życiu. Sprawdza czystość intencji w działaniu. Prowokuje do stawiania pytań o sens i cel życia, a także do oceny, tego, co człowiek doświadcza, do stawiania tez, poszukiwania ważnych odpowiedzi. „Jeśli ktoś chce zachować swoje życie, straci je, a jeśli ktoś je traci, ocali je”.

Karolina

Kolejny list z misji (z Domu Serca w Senegalu) znajdziesz tutaj.

Więcej relacji z wolontariatu misyjnego znajdziesz również na naszym instagramie.

Możliwość komentowania została wyłączona.