List z Domu Serca we Włoszech

Dodano

Dom Serca św. Filipa Neri

Agata Miazga,Procida

Marzec 2020

 

Drodzy!

Pozdrowienia z Italii! Mam nadzieję, że macie się dobrze i ze spokojem czekacie na koniec coronawirusowej zawieruchy. Kto by pomyślał kilka miesięcy temu, że Włochy okażą się najbardziej niebezpiecznym krajem misyjnym... Jak wielka łaska być tutaj w tym czasie! W tym liście będzie oczywiście o epidemii, ale tez sporo o naszych chorych przyjaciołach. Ale po kolei...

 

Nowa rzeczywistość rzeczywistość –coronawirus i „zona rossa”

 

Jak wiecie od 10 marca Włochy to „zona rossa”. Oznacza to, że nie można wychodzić z domów, chyba, że z wyraźnej konieczności (praca, niezbędne zakupy, zdrowie). Po ulicach krążą karabinierzy sprawdzający, czy wszyscy mają certyfikaty, w których oświadczają, że wychodzą tylko z konieczności. Za brak certyfikatu otrzymuje się mandat w wysokości 200 EUR. Zakupy może robić tylko jedna osoba w rodzinie. W samochodzie też może przebywać tylko jedna osoba. Wyobraźcie sobie dzieci, które nie mogą wychodzić na dwór przez 3 tygodnie. Wyobraźcie sobie staruszków, którzy nie mogą być odwiedzani przez nikogo, bo ryzyko jest zbyt duże. Wyobraźcie sobie osoby chore w szpitalach, które zostały całkiem same. Większość podchodzi do przepisów bardzo na serio, inni szukają sposobów, żeby je ominąć (szczególnie, że na Procidzie nie ma przypadku osoby zarażonej). Kto by pomyślał kilka miesięcy temu, kiedy dowiedziałam się, że jadę na misje do Włoch, że będę pełnić misje w kraju o zamkniętych domach, wśród atmosfery strachu i nieufności?

 

Powoli przystosowujemy się do nowych warunków, szukamy nowych sposobów obecności dla naszych procidańskich przyjaciół. Wizyty zamieniłyśmy na rozmowy telefoniczne. Przygotowujemy kartki zapewniające o naszej pamięci i modlitwie, które cichaczem roznosimy do skrzynek pocztowych. Więcej czasu spędzamy na modlitwie za naszych przyjaciół, wierząc, że taka nasza obecność jest teraz najważniejsza i pomoże im przetrwać ten trudny czas. Szczególnie modlimy się za nasze znajome pielęgniarki ze szpitala zakaźnego z Neapolu. To tam znajdują się osoby zarażone coronawirusem. To miejsce naszego cotygodniowego apostolatu, który teraz musiałyśmy zawiesić. 

 

Po co to wszystko?

 

Kwarantanna to też więcej czasu na myślenie, szukanie sensu w tym wszystkim. O czym myślę?

 

1. Jaka to łaska być tutaj w tym czasie! 

 

2. Jak bardzo ważne jest zwykłe bycie z ludźmi – czyli misja Domów Serca. Misja niesienia współczucia i pocieszenia. Misja budowania przyjaźni. Co często oznacza zwyczajne rozmowy o jedzeniu, o członkach rodziny, wspólne żarty – takie wspólne tracenie czasu ze sobą. Jak czasem ciężko jest wytrwać w takim „nic-nie-robieniu”, a teraz, kiedy nie możemy tego robić, widzę, jaką to ma wartość! Jak bardzo czekam, żeby znów zobaczyć naszych Procidańskich przyjaciół!

 

3. Jak ważna jest wolność. Myślę w tym czasie dużo o naszych przyjaciołach, którzy są „więźniami” swoich domów na co dzień. Myślę o naszej sąsiadce chorej na depresję, która prawie nie wychodzi z domu i mało kto ją odwiedza. Myślę o wszystkich opiekunkach, które zajmują się osobami starszymi na Procidzie. Które często mają tylko jeden dzień wolny w miesiącu, cały pozostały czas spędzając w domach. Jakie to cierpienie mieć kwarantannę przez całe życie...

 

4. Jak wielka to szansa na powrót do właściwego porządku rzeczy – do Boga na pierwszym miejscu. Do tego, że tak mało ode mnie zależy, że wszystko, co mam jest mi dane. Jakie to teraz normalne, że każdego dnia w modlitwie dziękuję Bogu za rzeczy podstawowe – za słońce, za jedzenie, za wodę (to nie żart – w tym wszystkim jednego dnia nie miałyśmy też wody – ze względu na remont rur;), za to, że nikt nie miał skwaszonego humoru podczas kolacji, za to, że w tej, można powiedzieć absurdalnej, sytuacji tyle w naszym domu śmiechu i radości!

 

5. Jaką łaską jest wspólnota. Przeżywanie tych momentów niepewności razem. Wspólne zastanawianie się, co teraz możemy robić, a co nie; gdzie jest nasze miejsce; jak być obecnymi dla naszych przyjaciół; jak wypełnić czas, kiedy nie możemy już robić wizyt. Jak zwykle jest tez ścieranie się poglądów, każda z nas przyjmuje tą sytuację inaczej, inne rzeczy są dla nas łatwe, inne trudne. (Na szczęście jest z nami Padre Rafaele – nasz odpowiedzialny – przyjechał nas odwiedzić na jeden dzień i akurat wtedy ogłoszono „zone rossa”. Jak tu nie wierzyć w „Provvidenze”? (Opatrzność);)

 

6. Jak ważna jest bliskość. W kraju, w którym wszyscy przemieszczają się w odległości minimum 1 metra, kiedy nie można podać sobie ręki na powitanie, kiedy nie można uścisnąć ręki osoby chorej. Tak – pozostaje kontakt telefoniczny i online – tylko, że to nie wystarcza.

 

7. Jaką łaską jest Kościół. Teraz, kiedy nie ma mszy świętych, kiedy nie można się wspólnie modlić w kościołach. Doceniam role księży – szczególnie w kontekście dyskursu o wszelkich grzechach Kościoła, widząc stan Kościoła na Procidzie – widzę jak (można powiedzieć mimo to) wielką łaską jest to, że mamy księży. Doceniam piękno liturgii. Doceniam wysiłki osób świeckich w budowanie Kościoła (Ps: Naprawdę w Polsce mamy wielkie szczęście!).

 

 

 

Antonio „Napoletano” -czyli warto robić rzeczy dobre 

 

Myślę w tym czasie bardzo często o naszych przyjaciołach na Procidzie. Przede wszystkim o tych starszych i samotnych, którzy ze względów zdrowotnych zostali całkowicie odizolowani od swoich rodzin. Myślę o Antonio – niezwykle sympatycznym staruszku, z którym spędziłyśmy bardzo wiele radosnych wieczorów, szczególnie świętując nasze imieniny/urodziny. Antonio był dyrektorem „Banco di Napoli” w kilkunastu miastach w całych Włoszech, w ostatnich latach na Procidzie. Od ok. 20 lat jest niewidomy. Kilka lat temu porzuciła go żona (po 45 latach małżeństwa!) – nie chciała dłużej być pielęgniarką dla swojego męża. Z jednej strony jest pełen energii i optymizmu – uwielbia żartować i śpiewać piosenki neapolitańskie. Z drugiej strony czuje się bardzo samotny: cierpi po odejściu żony i po stracie córki, która zmarła, jako dziecko. Mówi, że teraz jego jedyną radością są jego dzieci, Punto Cuore (my) i opiekunka Diana (na marginesie – niesamowity przykład pracy wykonywanej z miłością, pracy, która nie jest tylko obowiązkiem).

 

 

Ze względu na ryzyko związane z coronawirusem Antonio nie może być teraz odwiedzany przez nikogo. Nawet Diana nie może wchodzić do jego pokoju... Antonio mówi, że nie boi się wirusa. Boi się, że nikt nie będzie mógł odwiedzić go w szpitalu i że nie będzie miał pogrzebu (teraz też to jest zakazane). To przypomina mi, że nie zawsze zdrowie jest najważniejsze, że jest coś więcej – potrzeba miłości, bliskości, obecności. Antonio wspomina też naszą wspólną wycieczkę do Neapolu – widać, że te wspomnienia dają mu siłę w tym czasie samotności. Jak dobrze, że ta wycieczka się odbyła, że jej nie przekładałyśmy! (Ile wcześniej dyskutowałyśmy czy jest sens jechać, że może są osoby bardziej potrzebujące...) To dla mnie jeden z kolejnych przykładów, że rzeczy dobre trzeba robić „subito” (natychmiast), bo nigdy nie wie się czy następnego dnia będzie można wyjść z domu... ;) Pomaga mi to też docenić wszystkie wspólne świąteczne momenty, bo jak pisze Jean Vanier „święto nasyca serca, przywraca nadzieje i siłę, aby można było sprostać cierpieniom i trudnościom każdego dnia” [„Wspólnota”]

 

Maria i „droga nowotworowa”

 

Jedna z nielicznych osób, którą wciąż możemy odwiedzać jest Maria – wielka przyjaciółka Punto Cuore, można powiedzieć, że nasza tutejsza mama, „la donna perfetta”. W ostatnich tygodniach towarzyszymy jej w jej chorobie nowotworowej. Po tygodniach spędzonych na badaniach i kolejnych wizytach medycznych zdiagnozowano u niej nowotwór piersi.

 

Od dwóch tygodni odwiedzamy ją codziennie. Pierwsze wizyty po diagnozie były bardzo trudne – obecność pełna niezręcznej ciszy, kiedy nie wiadomo jak się zachować, co powiedzieć. Kiedy widzi się wielkie cierpienie, którego nie można łatwo uleczyć, zakamuflować, kiedy można tylko i aż towarzyszyć osobie cierpiącej... Jak bardzo trudne jest takie towarzyszenie! Niesamowite jest to, że Maria wpuszcza nas do swojego życia, do swoich problemów – pozwala oglądać się słabą, nie udaje. W pierwszych dniach po diagnozie nie była w stanie się modlić, uczestniczyć w mszy świętej, (mimo, że wcześniej robiła to codziennie). Niesamowite jest obserwować jej powolną drogę do akceptacji choroby, poszukiwanie Boga w tym wszystkim. Widziałyśmy jak bardzo ważna jest ta nasza nieporadna obecność – że pomaga jej nie ulegać negatywnym myślom, spędzać razem czas, który potrzeby jest do oswojenia nowej sytuacji. Widziałyśmy jak bardzo ważne są drobne gesty miłości w jej kierunku – bransoletka z medalikiem Maryi Niepokalanej, którą ma zawsze ze sobą; obrazek Jezusa Miłosiernego, który wozi ze sobą do szpitala. Widzimy jak to wszystko zbliża nas do siebie, jak pogłębia relacje z Marią i jej rodziną, jak powoli stajemy się członkami tej rodziny... Niesamowite jest obserwowanie miłości jej córek, które teraz jakby prowadzą ją za rękę, pokrzepiają, załatwiają wszystkie sprawy formalne. Niesamowite obserwować, jak cała miłość i czułość, którymi je obdarzała, teraz do niej wraca. Bo „miłość nie polega na dokonywaniu rzeczy nadzwyczajnych i bohaterskich, ale na spełnianiu rzeczy zwykłych z czułością” (J. Vanier „Wspólnota”). 

 

Carmelina i Michelisa - czyli o prostej siostrzanej miłości 

 

Na koniec chce Wam jeszcze przedstawić dwie niesamowite siostry – Carmeline i Michelise. Maja ok. 50 lat, są osobami upośledzonymi. Podczas wizyt rozmawiamy oczywiście o jedzeniu, zaraz potem o tym dlaczego nasze mamy jeszcze nie przyjechały, potem zaczynamy mówić różaniec, przerywany pytaniem o sytuację polityczną Francji (obie siostry są wielkimi fankami Francji). Także jest oryginalnie :) Mówiąc szczerze, pierwsze wizyty budziły we mnie strach, ale dzięki wytrwałości Giuli (mojej wspólnotowej siostry) odwiedzamy Carmeline prawie co tydzień. Z miesiąca na miesiąc widać, że jej zaufanie do nas rośnie, że czeka na nasze wizyty. Jej radość i wdzięczność są na prawdę wzruszające i dają ogromną siłę!

 

Od dwoch miesiecy towarzyszymy Carmelinie także w jej chorobie nowotworowej – w domu, potem w szpitalu, kilka tygodni temu, po przerwanej chemioterapii, z powrotem w domu. Obserwowałyśmy tęsknotę sióstr, kiedy nie mogły się widzieć. Obserwujemy jak wspólnie przeżywają cierpienie. Obserwujemy jak są w tym wszystkim prawdziwe i czułe względem siebie. Pewnego dnia spotkałyśmy na ulicy Michelise, która mówiła o swojej 50-letniej siostrze „Mia piccola bambina” („Moja mała dziewczynka”) z niesamowitym blaskiem w oczach, z czułością, z miłością! Dla mnie to niesamowite ile możemy się nauczyć od osób niepełnosprawnych, często odrzuconych przez społeczeństwo. Jak bardzo są prawdziwe i jak pełne miłości. Jak bardzo pokazują, że nie intelekt jest najważniejszy, a serce...

 

 

To na razie tyle. Do usłyszenia za 1-2 miesiące! Mam nadzieję, że już po zamieszaniu z coronawirusem. Pamiętam o Was w modlitwie! I Wy pamiętajcie o nas i naszych Przyjaciołach!

 

Do usłyszenia!

Agata