List z Domu Serca w Tajlandii

Dodano

Dom Serca im. Św. Pawła VI
Monika Kręgiel, Tajlandia
Październik 2019

Drodzy Przyjaciele!


To mój czwarty list do Was, więc oznacza to, że jestem na półmetku mojej misji. Osiem miesięcy za mną i prawdopodobnie osiem przede mną. Szczerze mówiąc, w pierwszym dniu nie spodziewałam się po sobie „wytrzymać” tu tak długo. Teraz jednak zaczynam wyobrażać sobie, że będzie trudno mi opuścić to miejsce. Zajęło mi to dużo czasu, ale mogę powiedzieć, że czuję się tu jak w domu i lubię tu być. Nie bardzo wierzyłam, że będę w stanie nauczyć się języka, jednak idzie mi to coraz lepiej i sprawia satysfakcję.

 

Obecnie w mojej wspólnocie są cztery osoby: Marianne, Tien, ja i Fab z Filipin, która dołączyła do nas we wrześniu. Przez trzy miesiące mieszkała z nami także Lek z Kambodży, która w przyszłym roku zostanie siostrą zakonną w tajskim zgromadzeniu. Tym razem chciałbym Wam opowiedzieć o dwóch ważnych dla mnie osobach.

 


Nong Biu


Biu jest naszym sąsiadem, ma 16 lat i od jakiegoś czasu wiem, że jest mistrzem gry w UNO. Jego cechą charakterystyczną jest także to, że przepada za jedzeniem i prawie zawsze widzi się go z przekąska. Nie sposób go nie zauważyć, ponieważ jest bardzo wysoki i dość dobrze zbudowany, co zdecydowanie nie jest atrybutem Tajów. Spotkałam go już w jednym z pierwszych dni w Jet Sip Praj – oczywiście poprosił nas o podzielenie się jedzeniem. Biu w tym roku nie chodzi do szkoły, lecz całymi dniami krąży po okolicy, najczęściej obok sklepu spożywczego. Wydaje się, że jest osobą z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu lekkim, lecz wątpię, że ktokolwiek postarał się o diagnozę. Z resztą po co to komu tutaj? Biu skończył 16 lat, więc nie musi już chodzić do szkoły, ponieważ nie ciąży na nim obowiązek szkolny. Domyślam się także, że szkoła, do której chodził nie była dopasowana do jego potrzeb, ponieważ była to szkoła „masowa”. Jego mama bardzo nas lubi, chyba głównie dlatego, że jako jedyne w sąsiedztwie lubimy Biu. Osobiście nie rozumiem, jak można go nie lubić. Od początku darzyłam go sympatią z powodu jego bezpośredniości oraz szerokiego uśmiechu. Później jednak trochę zaczęłam się go obawiać, ponieważ kiedy przychodził do naszego domu byłam wobec niego nieco bezradna. Wpadał na chwilę, zaczepiał młodsze dzieci, zabierał jedzenie lub niszczył zabawki. Było to na samym początku, więc nie byłam w stanie z nim porozmawiać, zająć go czymś innym lub poświęcić mu więcej uwagi, bo nie znałam języka. Kiedy niszczył zabawki prosiłam moje siostry, żeby z nim porozmawiały, lecz mówiły, że lepiej nie zwracać uwagi, bo jeśli mu coś powiemy, może wpaść w większą furię. Były to przypuszczenia w zasadzie dość uzasadnione, bo właśnie Biu jest autorem wielkiej dziury w naszym dyktowym stole. Bolało mnie to, że nie mogłam znaleźć sposobu na poświęcenie mu uwagi, bo ewidentnie tego się domagał. Jednak nie miałam pomysłu. Co mogę robić z szesnastoletnim Tajem bez znajomości języka? Odpowiedź przyszła sama! Ktoś podarował nam grę UNO. Jest to bardzo prosta gra karciana. Okazało się, że on jest fanem tej gry! Od paru miesięcy, kiedy otwieramy dom, Biu przychodzi, bierze UNO z półki i prosi o rozdanie kart. Nie zaczepia, nie niszczy, nie krzyczy. Teraz Biu czuje się dobrze w naszym domu, bo znalazłyśmy sposób na wspólne spędzanie czasu z nim. Dalej mój tajski nie jest rewelacyjny, ale jest wystarczający,żeby grać w UNO. Nie poruszamy głębokich życiowych tematów, ale mogę na sto procent powiedzieć, że Biu stał się moim przyjacielem. Spędzamy wiele godzin na tej samej grze i kiedy wydaje mi się, że każdy jest już znudzony – mam rację, wydaje mi się! Biu zawsze liczy na kolejne rozdanie. Teraz za każdym razem, kiedy przechodzi koło naszego domu, krzyczy radośnie "UNO", co zawsze wywołuje mój uśmiech! W relacji z Biu doświadczam, że miłość jest bardzo prosta. Prostsza niż myślałam. Prosta jak gra w UNO. Nie mogę zmienić jego sytuacji, nie jestem w stanie posłać go do dobrej szkoły ani naprawić jego sytuacji rodzinnej. Jedyne co mogę zrobić to sprawić, że czuję się akceptowany i kochany, kiedy gramy razem w UNO. Szczerze mówiąc działa to w dwie strony, ponieważ ja również czuję się potrzebna i akceptowana przez niego, mimo że tajski nie jest moją mocną stroną. To jedna z niewielu tak bezinteresownych relacji, których tu doświadczam.

 

Phi Ho


Phi Ho ma ponad 30 lat i jest zawsze uśmiechnięta. Jest właścicielką kotów, których nie jest w stanie policzyć. Phi Ho mieszka tylko z matką (przepraszam – nie tylko, przecież są jeszcze koty!). Obie są protestantkami. Phi Ho była buddystką, ale twierdzi, że kiedy spotkała Jezusa została uzdrowiona z choroby fizycznej i od tamtej pory jest chrześcijanką. Phi odwiedza nas co tydzień w sobotę rano. Lubię z nią rozmawiać, bo jest bardzo wyrozumiała dla mojego ubogiego tajskiego. Wielokrotnie powtarza: "maj khaw caj-maj pen raj" (nie rozumiesz – nie szkodzi). Bardzo dobrze pamiętam dzień jej urodzin. Już parę miesięcy wcześniej przypominała nam o swoim święcie, jednak ostatecznie wszystkie zapomniałyśmy. Oczywiście mamy notes z datami urodzin naszych przyjaciół, ale zapomniałyśmy i tak. Phi Ho odwiedziła nas z samego rana i z całkowitą prostotą i bez wyrzutów przypomniała nam o tym. Spędziłyśmy razem piękne przedpołudnie, przygotowałyśmy urodzinowy lunch i kupiłyśmy kawałek ciasta. Czego nauczyła mnie Phi Ho tego dnia? Prostoty. Domyślam się, że gdyby ktoś z moich bliskich zapomniał o moich urodzinach, nie byłabym zadowolona. Zapewne nic bym nie powiedziała, tylko czekała do wieczora, żeby sprawdzić czy faktycznie nie pamięta. A potem byłoby mi przykro i obraziłabym się zapewne. Phi Ho również mogła czekać, aż do niej przyjdziemy z prezentem albo zaprosimy do siebie, jednak wtedy wszystkie straciłybyśmy coś cennego. Mogła też się obrazić na nas, bo w końcu tyle razy wcześniej nam przypominała. Jednak tego nie zrobiła. Zachowała się najlepiej jak tylko mogła w tej sytuacji.

 

To chyba jednak nie przypadek, że najwięcej dobrych rzeczy w moim życiu, uczę się od osób z niepełnosprawnością intelektualną. Tak, Phi Ho jest również jedną z takich osób.

 

Co do moich urodzin, które były we wrześniu... Nie, nie zapomniały ;-) Rano czekały na mnie piękne dekoracje i życzenia (po polsku!). Spędziłyśmy miły dzień, ponieważ wynajęłyśmy rowery w bardzo urokliwym miejscu i moje siostry zabrały mnie na piknik. Upiekły również tort. Pogoda była wyśmienita - mimo pory deszczowej padało jedynie w porze lunchu. To był bardzo prosty i jednocześnie piękny dzień!

 

"Beze Mnie nic nie możecie uczynić"

 

Już od samego początku, kiedy zdecydowałam się na misję, zauważyłam coś niebywałego, jednak czekałam z dzieleniem się tym w Wami, aby poczekać na więcej „dowodów”. Otóż mimo duchowej pustki i poczucia zupełnej nieprzydatności, doświadczam jednocześnie niezwykłej hojności i troski Boga o mnie. Zaczęło się to w Polsce, kiedy martwiłam się jak znajdę środki na wyjazd, ponieważ przemawianie w kościołach zupełnie mnie nie przekonywało. Postanowiłam więc na początku prosić o pomoc moich przyjaciół i już pierwsza osoba zdecydowała się wspomóc moją misję w znaczący sposób! Potem takich sytuacji było tylko więcej. I nie chodzi tylko o pieniądze, ale przede wszystkim rozmowy, które przeprowadziłam z wieloma osobami, naprawdę mnie ubogaciły i utwierdziły moją decyzję. W Tajlandii takich znaków Opatrzności doświadczyłam tyle, że nawet nie jestem w stanie ich wszystkich opisać. Kiedy to się dzieje, zawsze jestem pod wrażeniem, mimo, że zwykle chodzi o bardzo "małe" i "zwykłe" rzeczy. Kiedy z powodu dużej wilgotności bardzo szybko rozkleiły mi się dwie pary butów, ktoś podarował mi nowe. Na samym początku spotkałam trzy polsko – francuskie rodziny, u których mogę czasem spędzać dzień wolny i ich przyjaźń jest dla mnie dużym wsparciem. Kiedy wychodzimy w odwiedziny, czasem nie mamy pomysłu kogo odwiedzić, jednak jestem pod wrażeniem, w jaki sposób jesteśmy prowadzone do osób rzeczywiście najbardziej potrzebujących naszej obecności w danym dniu. Takich sytuacji jest naprawdę dużo! Czasem, kiedy myślę, że czegoś potrzebuję, ktoś po prostu mi to daje lub kiedy chodzę z jakimś pytaniem, najlepsza odpowiedź przychodzi sama. Marzyłam, żeby pojechać nad morze, ale nikomu o tym nie mówiłam. Okazało się, że pojechałyśmy na rekolekcje do miejsca znajdującego się na samej plaży! Najbardziej zadziwia mnie kontrast dwóch rzeczywistości, których doświadczam jednocześnie. Z jednej ta hojność, a z drugiej poczucie, że wcale nie muszę na to wszystko zasłużyć. Nie rozumiem mojej misji i czasem mam poczucie, że moje bycie tutaj, to po ludzku strata czasu. Obiektywnie jestem najsłabsza w nauce tajskiego, jako Europejka jestem najmniej przystosowana do azjatyckiej kultury, życie we wspólnocie nie jest moją mocną stroną i widzę tyle swoich wad, że czasem nie umiem już ze sobą sama wytrzymać. Jednak mimo tej całej nieprzydatności i niezdarności, kiedy pozwalam się prowadzić, doświadczam niesamowitej rzeczywistości. Czasem zdarza się, że coś krzyżuje moje plany i wyprowadza mnie na moment z równowagi, jednak potem zawsze widzę, że nawet jeśli coś nie było po mojej myśli okazało się, że sytuacja rozwiązała się lepiej niż planowałam.

 

 

Czym jest sukces?

 

Nie da się ukryć, że wyjeżdżając do Tajlandii spodziewałam się osiągnąć sukces. Nie chodzi o pieniądze i karierę, bo przecież świadomie z tego zrezygnowałam na czas kilkunastu miesięcy. Jednak muszę przyznać, że oczekiwałam duchowego sukcesu. Myślałam, że znajdę odpowiedzi na moje pytania, że będę wiecznie uśmiechniętym misjonarzem, jak z obrazków i oczywiście będę znacznie lepsza niż jestem. Nie mówiąc już o tym, że oczekiwałam zapału i chęci do modlitwy. Co więcej, naiwnie spodziewałam się, że Bóg wynagrodzi mi trudy misji i kiedy wrócę, zapewni mi miłe i bezbolesne życie (doprawdy teraz nie wiem, skąd to się wzięło w mojej głowie!). Już pierwsze dni w Jet Sip Pray boleśnie skonfrontowały mnie z moimi wyobrażeniami... nic z listy się nie zgadzało i nie zgadza dalej. Myślałam, że będę duchowo wzrastać, a zaczęłam się jakby cofać. Myślałam, że automatycznie będę kochać bardziej, a widziałam, że kocham tak mało. Zamiast coś zyskać, widziałam, że prawie wszystko tracę. Na początku wpadłam w wewnętrzna panikę. Po co tu jestem w takim razie? Czułam się jak ateistka i nie rozumiałam nic. I dopiero po kilku boleśnie długich miesiącach zaczęło do mnie powoli docierać, że to tak nie działa. Bóg nie jest złotą rybką, która spełnia życzenia tych, którzy na to zasłużyli. Niby wiedziałam wcześniej, ale tylko rozumem, nie akceptowałam tego. Żyjąc w slumsie musiałam pozbywać się złudzeń, bo nie dało się już dłużej ignorować sprzeczności płynących z rzeczywistości. To naiwne myśleć, że Bóg błogosławi nam, kiedy daje zdrowie, pokój, bezpieczeństwo, pieniądze i przyjaciół, a kiedy jesteśmy chorzy, biedni i mamy pokręcony życiorys, prawdopodobnie coś zrobiliśmy źle i przestał nas lubić. Gdybym tak myślała dalej, patrząc na życie moich przyjaciół w Jet Sip Pray, musiałabym stwierdzić, że są wyjątkowo nielubiani przez Boga: są biedni, niewykształceni i często chorzy lub uzależnieni. Jednak teraz mam przekonanie, że jest inaczej. Wielu z nich, mimo trudnych warunków, jest bardzo dobrymi i pięknymi ludźmi. I to jest sukces. Sukcesem jest to, że pomimo trudnych warunków potrafią kochać. Kto wie, może gdyby osiągnęli „sukces” w naszym rozumieniu, przestaliby się skupiać na kochaniu się nawzajem? Nie idealizuję ich życia, ale jest coś, czego im zazdroszczę. Porusza mnie, kiedy widzę małżeństwo, które mimo skrajnej biedy i ciężkiej pracy ogromnie się wspiera. Zmienia się mój sposób patrzenia, kiedy obserwuję żonę uzależnioną od alkoholu, która troszczy się o męża chorego na gruźlicę. Nic nie rozumiem, kiedy widzę niepełnosprawną matkę i ojca pracującego na dwie zmiany, opiekujących się z miłością swoimi dziećmi. Pozostaje mi tylko kontemplować, kiedy spotykam samotną matkę, która od dwudziestu ośmiu lat zajmuje się swoją córką z dziecięcym porażeniem mózgowym. A już zupełna tajemnicą jest dla mnie w jaki sposób potrafią prawie zawsze się uśmiechać. To daje mi jednak nadzieję, że wcale nie potrzebuję „sukcesu”, żeby osiągnąć prawdziwy Sukces.

 

Pozdrawiam Was serdecznie. Tęsknie za Wami (oraz za pierogami ruskimi) ogromnie! Dziękuję za Wasze wsparcie, wszystkie dobre słowa, modlitwę i odpowiedzi na mój list.
Monika