List z Domu Serca w Salwadorze

Dodano

Dom Serca sługi bożego Faustyno Perez
Sabina Kuk, Salwador
Grudzień 2019

 

„Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją.”
Mt 13, 44-45

 

Kochani przyjaciele!
W tym liście chciałabym  podziękować Bogu, że poprzez Was i dzięki waszej pomocy i obecności mogę żyć na misji. Że mogę odnajdywać skarb i drogocenne perły. 

 

To prawda, że ten skarb jest ukryty. Musiałam wyjść nie tylko z mojego domu ale i z mojej kultury, moich pomysłów, przyzwyczajeń, limitów itp. Wyjść na pole, które wydaje się czasem mało atrakcyjne, pełne brudu, hałasu, gorąca, zmęczenia i biedy. Ale gdy w pewnym momencie ten skarb jest nam dane spotkać, to ta chwila, to spotkanie, ta rozmowa, ta historia czy ta twarz zachwyca tak bardzo, że nie masz wątpliwości, że warto było zostawić wszystko. I często ten skarb pozostaje na swoim miejscu, ukryty na drugim końcu świata lub z drugiej strony ściany i nie chcemy wyciągać go na pokaz. W pewnym sensie jest święty, jest tajemnicą, darem, pozostaje mały, pozornie nieciekawy, nieuchwytny dla wielu. Ale dla tych, którzy maja łaskę, aby go spotkać, jest radością. Tak drogocenną, że chcą spotkać jeszcze jeden i jeszcze raz, więc kolejnego dnia znów oddają wszystko. Mam niesamowite szczęście móc spotykać ten skarb wciąż na nowo, odnajdywać perły, które są mi w zasadzie podarowane bez jakiejkolwiek mojej zasługi, każdego dnia. Jak to mówią Latynosi: „Quien soy yo...?” Kim jestem, że mam takie szczęście…? 

 

Te 2 lata w Salwadorze w sposób dla mnie nieuchwytny wyryły się mocno w moim sercu. Zdaję sobie sprawę z tego dopiero teraz gdy muszę wyjechać...

 

Dni, które zwykle są pełne drobnych wydarzeń, zmęczenie, do którego trzeba się przyzwyczaić, milion rzeczy „do zrobienia” i wieczne pytanie – „jak bardziej być i dla kogo dzisiaj?” Moje plany, które przechodzą codzienną weryfikację poprzez zderzenia z planami członków mojej wspólnoty i rzeczywistości, która staje przed nami lub krzyczy za drzwiami. Codzienne „poszukiwanie czasu” na oddech, na adorację, na drobny gest, uścisk i pozdrowienie sąsiadów. 

Wszystko to kształtuje moje serce, dokładnie tam gdzie okazuje się być skamieniałe. W braku delikatność czy cierpliwości, nieważne w czym, zawsze jest jakaś słabość „na tapecie” i szkoła miłości. By kochać samą siebie, moich braci i siostry we wspólnocie nie chcąc by się zmienili, i tych wszystkich małych i większych przyjaciół, którzy wypróbowują naszą cierpliwość i najbardziej nas potrzebują.

Zastanawiam się, co było najtrudniejsze w ciągu tych 2 lat i myślę, że to, co najtrudniejsze jest też najbardziej wartościowe. Jedyne co mi przychodzi do głowy to zmęczenie, ale gdybym nie była zmęczona jak wiedziałabym, że dałam siebie? Tyle hałasu jest w naszej dzielnicy, muzyki, krzyków dorosłych i dzieci. Ale bez tego wszystko byłoby tylko i wyłącznie moim planem, siedzeniem w tym, co dla mnie wygodne i co ja zdecydowałam, zawsze w moich bezpiecznych ramach. A tak zdarzają się wiecznie drobnostki, które wkraczają w moją strefę bezpieczeństwa i wygody.

 

Przykłady. Pobudka 20 minut wcześniej z powodu muzyki sąsiada, karaluchy które przebiegają w drodze po pierwszą szklankę wody. Dzisiaj mój dzień by prowadzić modlitwę, próbuję wycisnąć z gardła wysokie dźwięki melodii psalmów i zapominam o poczytaniu książki przed śniadaniem. Podczas śniadania, gdy dzięki kawie budzi się moja świadomość jest zawalana dziesiątkami rzeczy, o których trzeba pamiętać. Sprzątanie, zakupy, plan wspólnoty, osoby do odwiedzenia, wiadomości do napisania itd. Już mam w głowie plan, co zrobię w pierwszej kolejności gdy przychodzi któreś z dzieci. Wiem, że warto im nie odmówić! Przełamuję się więc i „tracę czas” na rozmowę, grę itp. Już po 10 rano, rzeczy „do zrobienia” wiszą nade mną i jeszcze nie adorowałam (każdy z nas adoruje godzinę dziennie). Decyduję nie odkładać adoracji na później, czym ucierpi nieco obiad który gotuję zwykle „na szybko” dla całej wspólnoty. Dzięki adoracji jednak moje serce nastawia się w dobrym kierunku, przypomina sobie o tym, co najważniejsze i oddaje wszystko, czego nie powinno nosić samo. Obiad i czas ze wspólnotą jest nieco oddechem, chwilą gdy jest możliwość by porozmawiać razem, coś przedyskutować, wspólnie się nad czymś pomartwić czy po prostu pośmiać. Chwila sjesty mija szybko na zmywaniu czy rozmowie z którymś z naszych „wiecznych bywalców” przed domem.

 

Wspólny różaniec i wychodzimy odwiedzić przyjaciół, szpital czy dzieci mieszkające w innych częściach dzielnicy. Wracamy chwilę przed mszą o 18, często przekładamy modlitwę wieczorną na „po mszy”. Msza stylem latynoskim zaczyna się i kończy późno, po drodze pozdrawiamy wielu przyjaciół, przypomina mi się tysiąc innych rzeczy czy osób, z którymi trzeba porozmawiać itd. Przed domem całym wieczorem mamy grupkę młodych chłopaków nic nie robiących. Pomiędzy głośnikami z kościoła ewangelickiego, muzyką sąsiadów i krzykami chłopaków gotuję kolację. Czasem z pomocą np. Karlity, która bardziej przeszkadza niż pomaga, ale tak trudno mi jej odmówić... Przy gotowaniu i całym tle o decybelach nie do wytrzymania często przychodzi ktoś jeszcze by pogadać. Siada na schodach przy kuchni i zwierza się gotującemu. W pocie czoła, bo nadal o tej godzinie jest gorąco, kolacja gotowa o 20. Czasem mamy gości i sama nie wiem jak to jest, że trudno jest pojawić się w pokoju przed 22... I co jakiś czas wypada nam nieprzespana noc z powodu ewangelickich wigilii.

 

Wszystko męczy ale stawia przede mną pytanie: „wchodzisz w to?” „zostawisz twój plan?” „żyjesz twoim tak?” I na adoracji zdaję sobie sprawę, że wszystko to jest ogromnym darem. Darem, który pozwala mi żyć ciągle bardziej. Bardziej dla innych niż dla siebie. Ale bez żadnej mojej zasługi. Wszystko jest mi dane, moja wspólnota, dzieci, przyjaciele, których odwiedzamy, ich życie i ich historie. I każdy z tych ostatnich dni w Salwadorze. Smutek rozstania, pokój serca, tyle osób, które spotykam codziennie i są niesamowici, godni podziwu. Chwile trudne, ciężar cierpienia naszych przyjaciół. Wspólnota, jej piękno i wieczne wyzwanie by na prawdę kochać.

Ciężko jest mi zebrać i nazwać wszystko, co mi zostało podarowane. Wydaje mi się to być jak obraz tak wielki, że nie mogę jeszcze oddalić się na tyle by móc go w całości zobaczyć.

 

 

To, czego na pewno się nauczyłam i nadal uczę, to być wdzięczną Bogu za wszystko, tak jak nasi przyjaciele. Widzę codziennie nasze sąsiadki, jak żyją z dnia na dzień, wśród pracy, w prostocie, bo pracując tak ciężko zarabiają tak mało, wśród problemów rodzinnych, chorób własnych, ich mam czy dzieci. I wobec tego wszystkiego nie przestają żyć we wdzięczności Bogu. „Gracias a Dios” (Dzięki Bogu), „Primero Dios” (Najpierw Bóg), „Si Dios quiere” (Jeśli Bóg chce) słyszy się zawsze.

Czego też nadal się uczę w rodzinie Domów Serca to zachwytu i darmowości. Albo zachwytu nad tym, co darmowe, a tak naprawdę to darmowego zachwytu. Zatrzymania się i podziwu nad czymś pozornie małym czy ukrytym. Nad gestem tej osoby, uśmiechem innej, opowieścią trzeciej... Podziwu czy zachwytu, który nie ma nic na celu, po prostu jest zachwytem. Jest w tym też coś z bycia świadkiem. Świadkiem wydarzeń i życia innych, którzy są nam powierzeni. To dlatego zawsze w moich listach staram się opowiadać historie naszych przyjaciół, takich jak nina Blanka, Marina, Karlita, Alejandro, Menche, don Jose, nina Juana i wielu innych. Jestem świadkiem ich życia, tak pełnego cierpienia, walki ale też prostoty i piękna.

 

Co mi zostało również całkiem darmowo podarowane, to pragnienie nieba. Myślę, że wielką rolę odegrały tu nasze cotygodniowe wizyty na onkologii dziecięcej. Tam wszyscy żyją z perspektywą śmierci, chociaż proszą Boga by nie nadeszła, ale nigdy nie zapominają o niebie. Daje im to pokój. Pamiętam dobrze dzieci, o których wiem, że umarły. Wiem, że są już w niebie, już nie cierpią i za jakiś czas spotkamy się znowu. To samo myślę o wielu przyjaciołach, którzy umarli albo wyjechali i o wielu, których już nie zobaczę, bo ja wyjeżdżam. Ostateczne pocieszenie znajduję w tym właśnie – pewności, że spotkamy się w niebie. O tym też rozmawiałam z Roksaną, naszą przyjaciółką, która pracuje jako prostytutka. Mi i Tildzie (wolontariuszce z Węgier, która już wyjechała) było nam dane poznać ją i zaprzyjaźnić się dużo bardziej i dla Roksany nasz wyjazd jest trudny, zwłaszcza, że poprzez cierpienie, które przeszła w swoim życiu straciła nadzieję na dobro i wiarę w istnienie nieba. „Ale Roksana, ja chcę się spotkać z tobą w niebie! Gdzie indziej mogę Cię spotkać, musimy spotkać się w niebie!” – mówię jej... „Aj tak, chciałabym by to było możliwe” – odpowiada i widać, że budzi się w niej nadzieja na tę możliwość. Nie wiem czy cierpienie tu na ziemi może wyrównać lub wytłumaczyć grzechy, ludzkie słabości czy błędy... ale na prawdę bardzo bym chciała spotkać także Roksanę w niebie. Kto wie, może ona jest dużo bliżej nieba niż każdy z nas?

 

Myśląc o Roksanie myślę o kolejnym darze, który jest tak całkowicie darmowy, bez mojej zasługi – darze prawdziwej przyjaźni, która jest tak ważna w Domach Serca. Mam głęboko w sercu i w pamięci twarze bardzo konkretnych osób, które stały się dla mnie tak ważne i bliskie (za którymi już tęsknię, być może aby spotkać się dopiero w niebie). Większość z nich to osoby o których pisałam w listach, często również inni przyjaciele naszego Domu, członkowie wspólnoty, z którymi dane mi było dzielić kawałek życia. Każda z tych przyjaźni jest darem i piszę to z doświadczenia, bo wiele razy ja próbowałam wysilić się by „stworzyć” relacje prawdziwej przyjaźni i się nie dało! W pewnym momencie została nam dana jako dar i tylko czekała na naszą otwartość, gotowość przebaczenia, akceptację drugiego takim, jakim jest, i na to, by dać się zaskoczyć! Za każdym razem inaczej.

 

Tyle razy Bóg mnie zaskoczył, ale zawsze w sposób bardzo delikatny. To tak jak ten skarb w polu – zaskakuje gdy się go odkryje, ale kto go oczekuje właśnie tam? Bóg daje otwarte oczy, albo kogoś kto nam pomaga spojrzeć głębiej jeśli tylko chcemy.

 

„Maryja ofiaruje siebie zwracając szczególną uwagę na powołanie Boga. Dla niej być uważną znaczy poddać się do dyspozycji powołaniu Boga w całkowitym oddaniu się. To znaczy oddać się z całą siłą i głębią jej istnienia i jej możliwości, oddając zarazem w sile i w słabości. W sile tej, która pragnie otrzymać wszystko, co jest w planie Boga i w słabości tej, która jest przygotowana, która jest zarazem na tyle słaba, by uznać moc Tego, który ją powołuje, i na tyle silna by ofiarować jej własne życie bez zastrzeżeń.”
Adrienne von Speyr