List z Domu Serca w Indiach

Dodano

Dom Serca im. Jules Monchanin
Anna Krawczyk, Indie
Marzec 2020

 


Kochani,


tak sobie myślę, jak to niesamowite, że tak wiele osób się za mnie modli, wspiera, pamięta. Jak jedna decyzja, wyjazd, jedno „tak” może spowodować lawinę łask. W każdym z nas.

Dziękuje Wam za to, że jesteście, za Waszą wytrwałość, kiedy mi jej brakuje i wsparcie, cierpliwość, zapał „pomimo”.

Jestem wdzięczna Bogu za Was i za ten czas. Cieszę się bardzo, że mogę się z Wami dzielić tym, co przeżywam. Myślę, że jesteśmy sobie nawzajem potrzebni do uświęcania. Chociażby to, że Wasza obecność codziennie każe mi chwytać za różaniec, a drugi człowiek zatrzymać się na chwilę w biegu.

Postaram się Wam opisywać trochę miniony czas, życie codzienne, moją wspólnotę, przyjaciół oraz kulturę, w której żyję.

 

„Przeprawmy się na drugi brzeg” (Mk 4,35)


Pierwsze miesiące tutaj były i nadal trochę są takim odbijaniem się od brzegu, odrywaniem od tego, co znam, lubię, rozumiem. Niełatwo było wyruszyć w nieznane z perspektywą przepłynięcia całego oceanu, w dodatku Indyjskiego.


Codziennie uczę się i muszę przypominać sobie, żeby być tu i teraz, że ani spoglądanie na to, co zostawiłam, ani wypatrywanie końca, nic pożytecznego nie wnosi. Codziennie muszę podejmować to samo wyzwanie, nie wystarczy raz powiedzieć „tak”, to pomaga w wytrwałości i cierpliwości. Ale zapominam, że w łodzi nie jestem przecież sama, jest On i wspólnota, która od samego początku dba o mnie. Dziewczyny są moimi drugimi oczami, zawsze krok przede mną i z wyciągniętą ręką. Mieszkamy teraz w cztery osoby: Maga (21l., Francja), która przerwała studia psychologii po drugim roku, teraz zaczyna swój 7 miesiąc w Indiach a po roku wraca, aby kontynuować naukę; Andie (22l., USA) ukończyła pierwszy stopień studiów, przyjechała 2 tygodnie przede mną na 14 miesięcy; Kasia (33l., Polska) rozpoczęła w Indiach swoją trzecią misję 6 miesięcy temu. Na początku lutego swoją misję zakończyła Maria Pia z Argentyny. We wspólnocie uczę się chodzenia po wodzie, zaczynania od nowa. Ja wielce niezależna, muszę pozbywać się mojego „JA” i stawać się „MY”, z tej starszej stać się najmłodsza, pozwolić się prowadzić, być pouczana, oddawać stery mojej samodzielności. Ale wiem, że w dobre ręce i pomimo burz, tego, że czasem tonę, to zawsze dostaję to, czego mi akurat trzeba, żeby zrobić kolejny krok w stronę drugiego brzegu; w słowie i sakramentach, spotkanych osobach, rozmowach, modlitwie.

 

Nasz tydzień wygląda bardzo banalnie. Każdy dzień rozpoczynamy Mszą Świętą w pobliskim kościele o 6 rano (w niedziele mamy ten luksus Mszy o 10:30, w dodatku po angielsku, a nie tamilsku). Po powrocie odmawiamy jutrznię i do popołudnia mamy czas na naukę języka, sprzątanie domu, odpoczynek, gotowanie, sprawy organizacyjne, przyjmowanie przyjaciół w domu, potem jemy lunch, odmawiamy różaniec i zaczynamy, a raczej kontynuujemy apostolat, wychodząc w naszą dzielnice. Jedna z nas zawsze zostaje w domu, żeby przyjmować przyjaciół i przygotować obiad. W zależności od dnia, wychodzimy na inny apostolat: poniedziałek i czwartek - odwiedziny przyjaciół z sąsiedztwa; wtorek - ośrodek dla dzieci niepełnosprawnych (Children Hostel); środa - ośrodek dla osób trędowatych; piątek - dzień odpoczynku w Ogrodzie Miłosierdzia; sobota lub niedziela Pacheimankoil - „wioska” ubogich rodzin lub odwiedziny przyjaciół w dzielnicy.
Po powrocie z apostolatu odmawiamy nieszpory i jemy obiad. Dzień kończymy kompletą.
Tak wygląda nasz tydzień, ale tylko w teorii. Pierwsza rzecz, nad która musze pracować to poddawanie się. Tak. Podczas misji w Indiach szczególnie czuję obecność Ducha Świętego. Bardzo szybko pokazał mi, że moje plany są moje, ale Jego zawsze wygrywają. Wiec lepiej zacząć z Nim współpracować niż opierać się i złościć, lub dziwić, że coś idzie nie po mojemu. I bardzo namacalnie pomaga mi wypracowywać to w sobie. Z pomocą chyba swojego posłannika albo nawet uosobienia ;-)

 

„Wiatr wieje tam, gdzie chce, szum jego słyszysz, ale nie wiesz skąd przychodzi i dokąd podąża” (J3, 8-9)

 

Radjesh


Przeuroczy chłopak z lekką niepełnosprawnością umysłową i wielkim szczerym uśmiechem, a jeszcze większą energią. Za każdym razem, kiedy mamy obraną trasę i plan odwiedzin, lub przeciwnie, kiedy nie mamy zbytnio planów, pojawia się dosłownie znikąd. Zawsze wita nas, biegnąc w naszą stronę z otwartymi ramionami, jeszcze zanim dobiegnie już wyciąga rękę, żeby chwycić i pociągnąć którąś z nas za sobą. Dosłownie, bo Radjesh jak nas chwyci to już w całości, on staje się przewodnikiem, kończy się „mój plan”, zaczyna Jego.
Co ciekawe, na początku żadna z nas nie wiedziała, gdzie mieszka Radjesh, bo zawsze spotykamy go na ulicy. Jego sposób działania polega na tym, że chwyta nas i prowadzi do domu, ale za każdym razem po rozmowie z właścicielem okazuje się, że to dom sąsiadów, a Radjesh wcale tu nie mieszka. Potem z nadzieją, że może kolejny dom to jego, okazuje się, że nawet chłopca nie znają. Ale on zawsze czuje się jak u siebie, każe nam siadać, oprowadza nas po domu, czasem prosi, żeby wspólnie się pomodlić. Czasem zostajemy na dłużej, tak ostatnio poznałyśmy młodą dziewczynę Savitę i jej rodzinę, z którą utrzymujemy teraz kontakt.

Myślę, że tak właśnie działa Duch Święty, pojawia się nagle, pociąga za sobą i przemienia. Kruszy „MOJE” i tworzy nowe. Pod jednym warunkiem, - że pozwolę. A to wymaga wielkiej otwartości i pokory. Bo bardzo często chcę mieć wszystko pod kontrolą, wydaje mi się, że wiem lepiej, co jest dla kogo dobre. Modlę się rano, oddaję dzień Bogu, a potem próbuję mu Go wyrwać. Bo wiem lepiej. Bo chcę po swojemu, bo przecież ta osoba mnie potrzebuje.

Na szczęście często pojawia się „jakiś Radjesh”, zawsze niespodziewanie, zawsze w „najgorszym” momencie. Ale zawsze z delikatnością. I zawsze pozostawiając duża radość.

 

 

Ocean Indyjski


W tutejszym życiu są rzeczy, do których jeszcze nie potrafię lub nie chcę się przyzwyczaić (jak np. brak higieny, łączności ze światem, kasty, hałas, tłok). Ale są też takie perełki, z których mogę wyciągać cenne lekcje i to nimi chcę się z Wami dzielić.


„Darmo otrzymaliście darmo dawajcie” (Mt 10,8)


Bardzo porusza mnie na przykład fakt, że w Indiach (a przynajmniej w naszym regionie) nie używa się zwrotu „dziękuję” (tamil nandri). Na własnej skórze sprawdziłam, co się dzieje, kiedy użyję tego zakazanego słowa. Otóż z wielkim oburzeniem, prawie obrazą dostaje się pouczenie „Nandri zabronione, jesteśmy rodziną”, bez wyjątku. I taka postawa wcale nie jest niewdzięczna, przeciwnie, uczy, że wszystko jest darem, że to co mam, nie jest moje i wszystkim należy się dzielić. Wcale nie łatwo jest pozbyć się tego przyzwyczajenia, bo w środku jest we mnie zakodowane „należy mi się”, z oczekiwaniem na pochwałę. Ale jak już się uda, to daje dużą wolność w swojej bezinteresowności. I uczy oddawania wdzięczności Bogu, nie mi, czy nawet drugiemu człowiekowi.


„Nikomu nie bądźcie nic dłużni oprócz wzajemnej miłości”. (Rz 13,8)


Okazji do praktykowania jest naprawdę wiele! Ludzie są tutaj niesamowicie gościnni, gdzie się nie pojawimy to ofiarują 100%, nigdy z tego co zbywa, przeciwnie. Znaczenie pojęcia „gość w dom, Bóg w dom” opanowali do perfekcji, chyba biorąc je zbyt dosłownie. Odwiedzamy w większości bardzo ubogie rodziny i wiemy, że jeśli wejdziemy do środka, to oferują wszystko, ale tak bardzo się cieszą, że mogą to robić, tak bardzo czekają na nasze odwiedziny. Jednym z apostołów, w którym na razie najmocniej tego doświadczam, są odwiedziny rodzin z najuboższej dzielnicy Pachemankoil.

 

Kiedy dzieci zobaczą nas z daleka, wybiegają gromadkami, żeby nas przywitać. Każde z nich chce nas zaprosić do swojego domu. Żeby przez chwilę pobawić się razem. Podczas mojej pierwszej wizyty w tej dzielnicy odwiedziłyśmy rodzinę Vimala - jest to nasza nowa przyjaźń, Vimal pierwszy raz pojawił się w naszym Domu w dniu mojego przyjazdu. Jest moim małym przewodnikiem. Z ogromną radością zaprosił nas do swojego domu - czyli jednego pomieszczenia poskładanego z cegieł i drewna, przykrytego dachem plecionym z trzciny. W środku znajduje się jedno łóżko, mały kącik do gotowania (gliniane palenisko), kilka półek. Żyją tak razem w 7 osób. Cała rodzina przywitała nas serdecznie z wielką dumą. Przyjęli nas z ogromną troską, co chwilę pytając, czy nam wygodnie, czy czegoś nie potrzebujemy, czasem w trakcie gry Vimal przerywał i upewniał się, że na pewno wszystko w porządku. Na początku wizyty mama wysłała jedno dziecko po mleko, specjalnie dla nas - na kawę. A to znaczy bardzo wiele, mleko to cenny towar (wiemy, że niektórzy często na takie jedno mleko pracują cały dzień), a w dodatku dzielnica oddalona jest od sklepu. I nie ma „nie”, a tym bardziej nie ma „dziękuję”. Są w stanie oddać dla nas ostatnie zapasy. I robią to bez zastanowienia, bez przeliczania, bez oczekiwania, po prostu, odruchowo, z serca, przecież jesteśmy rodziną... To uczy też przyjmowania. Myślałam, że trudno jest dawać, ale sztuką jest też przyjmować, by współdzielić miłość i radość z obecności drugiegoczłowieka. Podczas wizyt zazwyczaj wspólnie gramy. Wspólnie tzn. naprawdę wszyscy bez wyjątku, ale też bez przymusu. Niesamowite jest to, że grają nie tylko dzieci, ale i dorośli, rodzice, dziadkowie, wszyscy z tą samą radością i zaangażowaniem. W momencie, kiedy siadamy razem na ziemi, wyjmujemy grę czy kartki do malowania, wiek przestaje mieć znaczenie, a wszelkie podziały i bariery nagle znikają, w tym jednym prostym geście – uniżenia, stanięcia na równi z drugim człowiekiem. To przepiękny widok i doświadczenie radości w prostocie i przebywaniu razem.


Zachęcam siebie i Was do przyjmowania, bycia obdarowanym zwłaszcza w tym czasie Wielkiego Postu, kiedy Bóg oddaje się nam w swojej męce, przeogromnej miłości do człowieka, która wypływa z Krzyża i otwiera dla nas niezmierzone zdroje łask, bezcenne, pozwólmy mu się obdarować, nic więcej.

 

Z modlitwą,
Ania