List z Domu Serca w Brazylii

Dodano

Dom Serca Świętej Rodziny
Kamila Róg, Brazylia
Styczeń 2020

 


„Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata i wyciągasz do niego ręce, jest Boże Narodzenie. Zawsze, kiedy milkniesz, aby wysłuchać, jest Boże Narodzenie. Zawsze, kiedy rezygnujesz z zasad, które jak żelazna obręcz uciskają ludzi w ich samotności, jest Boże Narodzenie. Zawsze, kiedy dajesz odrobinę nadziei „więźniom”, tym, którzy są przytłoczeni ciężarem fizycznego, moralnego i duchowego ubóstwa, jest Boże Narodzenie. Zawsze, kiedy rozpoznajesz w pokorze, jak bardzo znikome są twoje możliwości, i jak wielka jest twoja słabość, jest Boże Narodzenie. Zawsze, ilekroć pozwolisz by Bóg pokochał innych przez ciebie, zawsze wtedy, jest Boże Narodzenie.”
św. Matka Teresa z Kalkuty

 

Szanowni, Drodzy i Kochani Przyjaciele Domów Serca,

tyle do nadrobienia! Tylko... od czego by tu zacząć?

 

DAR OBECNOŚCI

Już wiem! Zacznę od świętowania! Październik dla naszej wspólnoty okazał się być nie byle jakim miesiącem. Przyszło nam świętować 25-lecie naszego Domu Serca Świętej Rodziny! Przygotowań było co niemiara – poprzez zaproszenia, wizyty, wspomnienia, przygotowania poczęstunku, wysprzątania i udekorowania Domu, rozdzielenia poszczególnych zadań dla każdego, czy też zorganizowania miejsca na Msze Święta dziękczynna w naszym skromnym ogródku. Uświadomiłam sobie przy tym jak ogromna to łaska - móc przeżywać tę misję właśnie w takim czasie, tym bardziej wyjątkowym, że papież Franciszek ogłosił październik nadzwyczajnym miesiącem misyjnym. Przyszło nam świętować 25-lecie daru P R Z Y J A Ź N I. Najpierw tej najważniejszej – Boga z człowiekiem, bo to przecież On jest sprawcą wszystkiego - powołując przez cały ten czas, za każdym razem nowych wolontariuszy, o tak różnych twarzach, językach i pochodzeniu, po to by móc być obecnym dla naszych Przyjaciół w bairro. A potem... tej ludzkiej – przyjaźni naszych Przyjaciół z nami. I myślę, że napisanie tego właśnie w taki, a nie odwrotny sposób lepiej oddaje sens i znaczenie, że to nie tyle my jesteśmy podarowani naszymPrzyjaciołom, ale przede wszystkim to oni są podarowani nam. I to oni, szczególnie Ci, którzy znają nasz Dom Serca od samego początku istnienia - uczą nas czym tak naprawdę jest przyjaźń – co to znaczy być wiernym i obecnym, a nade wszystko przyjmować i kochać człowieka takim jaki jest naprawdę, z tym wszystkim co w nim piękne, ale także, z tym co często słabe i nieporadne.

Padre Filipao na koniec Mszy Świętej podsumował naszą misję jako dowód nieskończonego miłosierdzia Boga, który pośród tego wszystkiego co „świat” określa jako biedne, brudne i niewarte, i gdzie mówi, że nasza dzielnica jest najbardziej niebezpieczna w mieście, i gdzie niektórzy już na samo wspomnienie jej nazwy są pełni strachu – On sam dostrzega swoje ukochane dzieci, ich serca i każde nawet najmniejsze dobro, o czym mam nadzieje wielokrotnie mogliście się przekonać z poprzednich listów.

Ten dzień był także połączony z pożegnaniem Anny, która z początkiem listopada, po upływie czternastu miesięcy, zakończyła swoją misję i wróciła do Stanów Zjednoczonych. Chwile przed jej wyjazdem, bo z końcem września, dołączyła do nas Elizabeth, również ze Stanów Zjednoczonych. Aktualnie przygotowujemy się powoli do despedidy Cynthii, która z końcem stycznia wróci do Argentyny. I czekamy również na przyjazd trzech nowych wolontariuszek. Jak sami widzicie, wiele zmian - dlatego jeszcze bardziej oddaję naszą wspólnotę Waszej modlitwie.

 

FELIZ ANIVERSARIO czyli WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO

Chciałabym Wam tym razem opowiedzieć o jednym z apostolatów, który towarzyszy nam niemal każdego dnia. Jest to świętowanie urodzin naszych Przyjaciół. Zaczyna się ono zawsze od upieczenia ciasta, zrobienia polewy, wrzucenia do torebki świeczki z zapałkami i wyruszenia w kierunku domu solenizanta. Kiedy ten zaczyna otwierać drzwi, my zaczynamy śpiewać „parabens” (tutejsze „sto lat”) i dochodzi do uroczystego zdmuchnięcia świeczki. Potem zostaje już tylko wspólna rozmowa i dzielenie ciasta z kawą. I pomimo tego, że za każdym razem jest prawie tak samo, to w jakiś szczególny sposób właśnie teraz, te tak bardzo proste gesty zapadły mi w sercu.

Najpierw świętowałyśmy urodziny Bianki. Pamiętacie Biankę? Mieszka zaraz obok nas, więc prawie każdego dnia nas odwiedza. Wiedziałyśmy, że nikt z jej rodziny nie będzie spędzał z nią tego szczególnego dnia. Chciałyśmy jednak by dla niej samej ten dzień byłnaprawdę wyjątkowy. Bianka przyszła do naszego Domu przed południem z dziecięcym pragnieniem zorganizowania wielkiej fiesty urodzinowej. Tego niestety nie byłyśmy w stanie spełnić ze względów czasowych jak również materialnych. Jednak... zaproponowałyśmy jej by sama osobiście pomogła nam przygotować swoje ciasto urodzinowe. Jeszcze nigdy żadne - przez nas - zrobione ciasto nie miało tak „bogatej” polewy jak to, które zrobiła Bianka. Następnie zaprosiłyśmy ją na wspólny obiad, po którym zaśpiewałyśmy jej „parabens”, a ona mogła zdmuchnąć swoją świeczkę. Aż do teraz dobrze pamiętam jej uśmiech, radości, a przede wszystkim pokój serca. Nie spełniłyśmy jej marzenia, co więcej nie przygotowałyśmy nic co by było niespodzianką, a jednak te najprostsze gesty jak spędzenie czasu razem i poświęcenie jej uwagi – czy nie były właśnie tym, czego ona najbardziej potrzebowała? Odpowiedzią miłości na potrzebę bycia kochanym, ważnym, zauważonym, docenionym?

Niedługo po Biance urodziny obchodziła dona Lucia Pequena. Kiedy poszłyśmy do jej domu było już późno i ciemno, dlatego byłyśmy trochę niepewne czy otworzy nam jeszcze drzwi. O jak bardzo była ucieszona naszą wizytą! Najpierw poczęstowała mnie ciastem, które w ciągu dnia przyniosła jej rodzina, potem naszym, a na koniec jeszcze dostałyśmy „refri” czyli coś w rodzaju oranżady. Pamiętam, że myśl, która mi się wtedy pojawia to jak bardzo niezdrowo się przy każdych takich urodzinach odżywiamy. Jednak... ten dzień i ta chwila – przecież były dla niej, były po to by ona sama mogła poczuć się szczęśliwa. I wiecie było warto zjeść ten jeszcze jeden kawałek ciasta, aby zobaczyć szczerą radość na jej twarzy. Zrozumiałam wtedy, że jeśli zjedzenie jeszcze jednego kawałka ciasta lub wypicie jeszcze jednego kubka refri sprawi komuś radość to ja chce mu ją dać. Być ciągle bliżej człowieka, bardziej i bardziej – jak Chrystus.

Z kolei wizyta w domu Reidiane w dniu jej urodzin uświadomiła mi jak ważne jest świętowanie życia, które każdy z nas otrzymał od Boga. Zobaczyłam jak nasza obecność i to najzwyklejsze w świecie ciasto pomaga im i nam zatrzymać się na tym momencie radości z tego, że po prostu jestem. Że moje, twoje, jego życie jest warte ciasta, życzeń, wizyty i pamięci, a w szczególności zachwytu. Właśnie tutaj - w Brazylii - kiedy tak często traci się poczucie tego jak ważne jest „życie”.

 

 

WIDZIEĆ WIĘCEJ

Wrzesień z pewnością zapamiętały nasze dzieciaki, bo postanowiłyśmy zorganizować im wycieczkę do tutejszego zoo! To, co nad wyraz zostało w mojej pamięci po tym wyjeździe to twarze naszych podopiecznych utkwione i przyklejone do szyb i klatek ze zwierzętami, z ciągłym przekrzykiwaniem się „o tu!” i „o tam!” Może dlatego, że mnie samej zajmowało dobrych kilka sekund by naprawdę dostrzec gdzie jest to TU i TAM. Największą lekcję otrzymałam jednak od dziewięcioletniego Kauana, kiedy siedzieliśmy obok siebie w autobusie, w drodze do Salwadoru. Otóż... drogi na Bahia bynajmniej nie należą do najłatwiejszych, a mówiąc bardziej dosadnie „mocno trzepie”. Prawie co tydzień podróżujemy do Salwadoru i jeszcze nigdy mnie samej te podróże nie sprawiły tyle frajdy co mojemu towarzyszowi od okna. Za każdymrazem, kiedy koła wpadały w dziurę – on był kimś w rodzaju Indianina wydającego bliżej nieokreślone dźwięki. Tyle radości przy tej tak bardzo niekomfortowej trasie – wprost nie mogłam uwierzyć! To jego łaska czasu bycia dzieckiem – o prostym i nieskomplikowanym sercu. Tu zaczęłam pytać sama siebie: „Co się stało przez te wszystkie lata z moim własnym sercem, że straciło tę umiejętność?”. Dzięki Bogu ten czas w Domu Serca przywraca mojemu sercu na nowo tę prostotę, nieskomplikowanie i pełnię radości. Najbardziej pomaga mi w tym sześcioletni Elizeu, mieszkający na Fazendzie, gdy bawimy się w „pega-pega” - kiedy pozwalam sobie na to by mnie złapano lub bym ją złapała. Bym była spocona, zdyszana i by na koniec wspólnie razem z nim i innymi dzieciakami leżała na kamiennej drodze Fazendy – robiąc wszystko to, na co dorosłym już niby nie przystoi. Ileż radości!

 

KULTURA MIŁOŚCI

Kochani, czy pamiętacie także Fazendę, o której pisałam w ostatnim liście? Otóż teraz będę Wam opowiadać już nie tylko o naszych Przyjaciołach z Coroa, ale także z tego małego zakamarka ziemi, otoczonego pięknem dzikiej natury. A to dlatego, że moja misja trochę się zmieniła i teraz jestem raz w Domu Serca, a raz na Fazendzie. Tam, gdzie jest największa potrzeba. Mieliście już możliwość poznać seniora Mateusza i done Rose, a także Anitę. Oprócz nich obecnie Fazendę zamieszkuje Flawia – samotna matka z czwórką dzieci; Daniel, Ana Carolina (którą też poznaliście) i jej brat Weverton, a także Diego – będący autystykiem, na wózku inwalidzkim.

Wiecie, zajęło mi bardzo dużo czasu nie tylko to by przezwyciężyć lęki związane z życiem w środku „buszu”, ale także by zrozumieć sens takiego życia. Po co tak naprawdę istnieje Wioska Domów Serca? Odpowiedź okazała się być bardzo prosta - przyszła w postaci uśmiechów, zaufania, radości i wdzięczności naszych Przyjaciół, we wzajemnej akceptacji swoich granic i zachwytu posiadanych darów – to miejsce, które przywraca człowiekowi godność. Tą, którą rzeczywistość niejednokrotnie tak brutalnie chce mu odebrać. Flawia nie ma żadnych warunków, by samotnie wychowywać swoje dzieci, Daniel bez Fazendy nie ma żadnego domu, Diego został znaleziony w sierocińcu, pozbawiony zupełnie uwagi innych, a Ana Carolina i Weverton prawdopodobnie byliby wychowywani przez „ulicę”.

Są tutaj dzieci i nastolatkowie. Są dorośli bardziej lub mniej zaawansowani wiekiem, a także Ci, którzy pełnię życia mają już za sobą. Niesamowite było w pewnym momencie odkryć - poprzez to, że mieszkamy wszyscy razem - jak bardzo życie, samo w sobie, na każdym etapie jest CUDEM. Dzieciaki, jak chociażby wyżej wspomniany Elizeu czy najmłodsza sześciomiesięczna Duda, poprzez swoja prostotę i czyste serce uczą nas cieszyć się z najprostszych rzeczy. Nastolatkowie, choć często tak bardzo trudni do zrozumienia i zbuntowani na wszystko – to oni właśnie niejednokrotnie prowokują nas do wychodzenia z naszych schematów, żelaznych zasad i rutyny. Konfrontują z wieloma pytaniami o sens, cel i ważność tego co robimy. Dorosłość okazuje się być czasem służby drugiemu człowiekowi – współmałżonkowi, dzieciom, chorym, czy po prostu tym, którzy znajdują się w potrzebie. No i wreszcie okres starości – encyklopedii wiedzy o życiu, medytacji. Wszystko to ma swój czas. Każde życie od samego jego najmniejszego początku aż do samego jego końca ma tą nieskończoną wartość - jest powodem do zachwytu, do radości, do świętowania, do kontemplowania, do kochania. To łaska Fazendy, której nigdy w takiej formie nie będzie mieć nasz Dom Serca na Coroa da Logoa.

Moi drodzy, chciałam zakończyć ten list jeszcze przed końcem roku, by móc złożyć Wam życzenia świąteczne, ale nie udało mi się. Dla każdego z Was niech ten Nowy Rok będzie pełen nie tylko nadziei, ale także cichej, pokornej i głębokiej radości oraz wiary w to, że Bóg zawsze jest z nami na naszych drogach, nawet jeśli tak często my sami nie jesteśmy na Jego. My same przeżyłyśmy we wspólnocie piękne Boże Narodzenie, ale o tym w następnym liście...

Dziękuję, że jesteście. Każdego kolejnego dnia tej misji rośnie w moim sercu wdzięczność za Waszą obecność i wsparcie. Rośnie świadomość, że wszystko to co tutaj otrzymuje i doświadczam – jest mi podarowane. Również Wy. A przecież nie ma lepszego prezentu jak ten by podarować obecność.

Pozdrawiam, Kamila!