Supertramps - wycieczka śladami bezdomnych

Dodano

Jedenastego maja bieżącego roku, po szkoleniu przeprowadzonym przez Supertramps, Michi po raz pierwszy sam oprowadza grupę turystów po Wiedniu. Dla nich to odkrywanie tego miasta marzeń z zupełnie innej perspektywy. 

 

Na czym polega Supertramps?

Jeśli znasz już wiedeński diabelski młyn, katedrę oraz ratusz, możesz zdecydować się na spacer po mieście z perspektywy społecznej. Zapraszamy ludzi do odkrywania miasta wychodząc od doświadczeń osoby bezdomnej, które były moim udziałem.  

 

W jaki sposób powstało stowarzyszenie Supertramps?

Stowarzyszenie zostało założone w 2015 roku przez Katarinę Turnauer, która rozpoczęła projekt w Pradze, a później przeniosła go do Wiednia. Pięciu pozostałych przewodników to także dawni bezdomni. To oczywiste, w przeciwnym razie nie możnaby było opowiedzieć takiej historii. Podobne inicjatywy mają miejsce w Zurichu, Bernie, Hamburgu… i można powiedzieć w całej Europie. 

 

W jaki sposób został Pan przewodnikiem? 

Supertramp pojawiło się dosłownie pod moimi nogami. Trzy miesiące temu, gdy wracałem do domu, wiał silny wiatr i skrawek papieru z tablicy ogłoszeń obok mieszkania spadł, kiedy otwierałem drzwi. Kiedy go podniosłem, żeby wyrzucić do śmieci, kilka słów przykuło moją uwagę. “Bezdomni, czy chcecie podzielić się waszą wiedzą? Chcecie pomóc osobom, które znajdują się w tej samej sytuacji?”. Od razu kolejnego dnia zdecydowałem się zadzwonić. Nikt nie odebrał pierwszego telefonu, ale tego samego dnia spotkałem Olivera, którego znałem od niedawna. Wspomniałem mu o moim zamiarze, a on powiedział, że zna Supertramp i namawiał mnie, żebym natychmiast do nich zadzwonił. Dzięki niemu zostałem tam wprowadzony bardzo szybko... Po pierwszej rozmowie koordynatorka Teresa zaproponowała mi, żebym dołączył do oprowadzania (prowadzonego przez Sandrę) i zobaczył na czym to polega. Podczas zwiedzania zacząłem rozmawiać z Sandrą. Ona nie widziała kim jestem, myślała, że jestem dziennikarzem (bo miał się pojawić tego dnia na oprowadzaniu). Odkryłem wówczas przed nią moją tożsamość i zainteresowanie projektem. Wtedy powiedziała - “skoro tu jesteś, możesz powiedzieć parę słów o osobach bezdomnych” (jej oprowadzanie opowiadało o bezdomnych kobietach). Myślałem, że to żart...były tam tylko dziewczyny. Po zakończonym oprowadzaniu Sandra powiedziała, że podzielę się trochę własnym doświadczeniem. I nagle piętnaście twarzy zwróciło się w moją stronę! Co mam powiedzieć? Mówiłem zaledwie trzy minuty i natychmiast zalało mnie mnóstwo pytań, które stawiały dziewczyny. To było pierwsze doświadczenie z Supertramps. Pomyślałem, że to może być coś dla mnie, bo natychmiast pozyskałem uwagę moich słuchaczy.  

 

 supertramps  

 

Jak zaczyna Pan oprowadzanie?

Na stacji metra Meidling, pod ziemią. Krótko się przedstawiam i mówię - "jest siódma, godzina szczytu, godzina jazdy do pracy, wychodzimy!". Wszyscy są zabiegani. Kiedy jesteśmy już na górze, zadaję pierwsze pytanie - "czy coś zauważyliście?". Co ciekawe, zrobiłem to już kilka razy (w tę sobotę po raz pierwszy w pojedynkę) i nigdy nie usłyszałem, żeby ktoś coś zauważył. A jednak wyjście ze stacji metra Meidling jest prawdziwym miejscem spotkań dla osób bezdomnych, punktem centralnym. Lecz nikt ich nie widzi…

Cały nasz spacer zbudowany jest na tym pierwszym spostrzeżeniu.

 

W jaki sposób tworzy Pan swoją trasę?

Chcę zabrać ludzi w miejsca, przez które sam przeszedłem. Któregoś razu ktoś mnie zapytał czym jest noclegownia dla bezdomnych. Nikt nie może sobie naprawdę wyobrazić jak to wygląda. Ponieważ Vinzirast jest puste w ciągu dnia, pomyślałem, że mógłbym zabrać ludzi aż do środka budynku. To mój drugi etap: wchodzimy jak do pierwszego rejestrowania. Trzeba pokazać dowód tożsamości i zapłacić 2 euro. W zamian dostajesz mydło, ręcznik, pastę i szczoteczkę do zębów. Pościel - jeśli to twój pierwszy nocleg. I dalej kierowany jesteś do sali sypialnej. Zawsze idę do łóżka numer 17 (a jest ich w sumie 48), bo przez 6 miesięcy, było moim domem…

Później wychodzimy na podwórzę, gdzie opowiadam trochę o moim pierwszym dniu w Vinzirast, o tym, jak bardzo się bałem. Wspominam także moje pierwsze spotkanie z Michaelem. Siedząc na tym podwórzu (stanowiącym miejsce dla palących), opowiedzieliśmy sobie pokrótce nasze historie. Powiedziałem mu, że jestem na krawędzi, zupełnie spłukany. On wyjął wówczas 30 euro z kieszeni i dał mi je mówiąc - “jak będziesz miał pieniądze, to mi oddasz”. To był kluczowy moment, w którym zdecydowałem się przejść od życia egocentrycznego, skupionego na sobie, do życia skierowanego ku innym. 

 

supertramps 

 

Z podwórza przechodzimy do kuchni. Korzystam z tego, żeby zrobić trochę reklamy, bo Vinzirast działa głównie dzięki wolontariuszom, zwłaszcza jeśli chodzi o przygotowanie posiłków. 

Następny etap jest taki: po śniadaniu trzeba opuścić centrum wcześnie rano, gdzie zatem pójść? Kierujemy się w stronę parku, który jest tuż za rogiem. To w nim zawsze odnajdywałem pokój. Ale można też pójść do dziennego centrum pobytu, żeby coś zjeść, dostać ciepłą herbatę lub kawę czy skorzystać z Internetu przez godzinę. 

 

Jeśli udaje się wam wyjść nieco z kryzysu, zaczynacie rozglądać się za mieszkaniem socjalnym. Tłumaczę trochę jakie są warunki, opowiadając przy okazji historię “czerwonego Wiednia”, który wybudował pierwsze mieszkanie socjalne w 1925 r., oraz o reputacji miasta prowadzącego skuteczną i właściwą politykę społeczną. Dorzucam trochę słów o sobie, o tych trudnych latach młodości w dzielnicy mieszkań socjalnych - musiałem nauczyć się tam jak przeżyć, to był trudny okres... Później pojawiła się możliwość pracy za granicą, to było marzenie w tamtych latach! I to trwało dwadzieścia lat - z powodu pracy podróżowałem ciągle i wszędzie, aż mój paszport, i to nie tylko ten [pokazuje stary paszport wypełniony granicznymi stemplami] całkiem się zapełnił. Po tym czasie miałem już tego zwyczajnie dosyć, byłem wykończony. Cały czas na walizkach, bez rodziny czy trwałej relacji, bez czasu na przyjaźń. Po moim odejściu próbowałem pracy na własny rachunek, ale byłem naprawdę wyczerpany. Przez dwa kolejne lata żyłem z moich oszczędności, aż straciłem mieszkanie. Byłem na dnie wielkiego dołu, nie chciałem już niczego więcej…

Później pojawiło się pytanie - co zrobić teraz? W ten sposób wylądowałem w Vinzirast. Kiedy jesteś na dnie, potrzebujesz miejsca, które przywróci ci siły: miejsca, instytucji, innych osób. Dlatego prowadzę moją grupę aż do ostatniego etapu spaceru: kościoła w dzielnicy. Opowiadam o pomocy i wsparciu, które tam otrzymałem. Muszę powiedzieć, że nie popieram wszystkiego, co robi Kościół, ale Kościół znaczy przecież dużo więcej - to komunia, zaufanie, wspólne działanie. I Domy Serca... poznanie was było dla mnie wielkim wsparciem.

W ten sposób kończy się oprowadzanie. Jesteśmy zawsze bardzo szczęśliwi mogąc usłyszeć uczestników spaceru, ich wrażenia... Zanim się rozstaniemy trwa cenny czas wymiany. 

 

Po tym pierwszym oprowadzaniu ma Pan już pomysły na kolejną tematykę? 

Oczywiście, potrzebuje jeszcze trochę się rozwinąć. Ale to, co odczuwam coraz mocniej, to pragnienie, żeby wejść głębiej w pracę socjalną. Nie chcę już robić nic innego, a zwłaszcza wracać do dawnej pracy. Chcę móc nadal pomagać. 

 

 

Wywiad przeprowadził ks. Clement Imbert

 

 

Zobacz oprowadzanie Michi na stronie Supertramps. 

 

supertramps 

 

Miłosierdzie to droga - podsumowanie debaty

Dodano

Dla Boga nie ma nic niemożliwego. Dla ludzi – z naszymi słabościami, wadami, grzechami czy porażkami – często wiele rzeczy jest przygniatających. Ale Bóg o tym wie. I pyta nas, jak Piotra, na którego skierował po Zmartwychwstaniu swoje miłosierne spojrzenie „Szymonie czy kochasz mnie?“.

 

8 czerwca o godz. 12:00 na ul. Miodowej odbyła sie debata organizowana przez Domy Serca oraz Księgarnię na Miodowej zatytułowana „Miłosierdzie to droga“. Jako goście udział wzięli Dominika Pruszczyńska, która uczestniczyła w misjach organizowanych przez Domy Serca w Indiach, Urugwaju oraz Polsce, a także Karolina Staszak będąca redaktorem naczelnym miesięcznika Arteon oraz członkiem Wspólnoty Twórców Chrześcijańskich „VeraIcon“.

 

Pytanie zadane przez Jezusa Piotrowi często powtarzane było podczas debaty. „Szymonie czy mnie kochasz?“ – to słowa, które Jezus kieruje także do każdego z nas. I to jest pytanie, które uzdrawia każde zranione ludzkie serce, które pogrążyło się w grzechach i błędach.

 

W swoich rozważaniach Dominika Pruszczyńska oparła się na tekstach Luigiego Giussaniego, założyciela wspólnoty Komunia i Wyzwolenie. To on wskazywał w swoich rozważaniach na cierpienia, jakie przeżywać musiał Piotr. Ze względu na swój porywczy charakter, popędliwość, kiedy nie umiał zrozumieć krzyża Chrystusa, Jego pojmania i osądzenia, kiedy zaparł się Go... A później czuć musiał własną słabość, małość i ułomność.  Kiedy jednak parę dni później rozpoznał Jezusa i usłyszał Jego głos rzucił się za Człowiekiem, który od pierwszego spotkania był dla niego ogromnym objawieniem. Mógł spodziewać się wyrzutów Jezusa, próśb o wyjaśnienie, żądania przeprosin... Zamiast tego Jezus zadaje to zaskakujące i pełne miłosierdzia pytanie. I to trzykrotnie, jakby chciał przez to przywrócić Piotrowi godność, odszukać to, co istniało w jego sercu od pierwszego spotkania.

 

A Piotr odpowiedział „tak“. Po tym wszystkim, co uczynił, nie zawahał się powiedzieć „tak“. Owo „tak“ otworzyło go na miłosierdzie, na ogromną moc przebaczenia. To przebaczenie, którego dokonuje Jezus, nie wynika tylko z litości nad naszą słabością i biedą. Jest również mocą, która porusza serca, by na nowo poczęły pragnąć Boga.

 

 

W trakcie misji wolontariusze wiele razy spotykają ludzi pogrążonych w rozpaczy, którzy stracili nadzieję, że zostanie im wybaczone to wszystko, co uczynili. Czasami same słowa nie wystarczą, należy otworzyć serce na miłosierne spojrzenie  Jezusa.  To właśnie doświadczenie misyjne, jak twierdziła Dominika Pruszczyńska,  ukazało jej jak bardzo czułe gesty wykonywane wobec najbardziej cierpiących mogą być drogowskazem, aby znów spojrzeć na Uzdrowiciela.

 

Druga z prelegentek – Karolina Staszak – starała się spojrzeć na miłosierdzie z punktu widzenia sztuki współczesnej. Jej opinia była dość jednoznaczna – temat miłosierdzia to temat przez dzisiejszy świat zapomniany. A jeśli nie zapomniany  to  skarykaturyzowany.

 

Jako przykład takiej sztuki, która depcze ludzką godność pod przykrywką dokonywania aktu miłosierdzia, wskazała dzieło „Obrzędy intymne“ Zbigniewa Libery z 1984 r. Na zapisie wideo artysta ukazuje proces opieki nad własną babcią,  z powodu  wieku  oraz choroby, niezdolną do wykonywania najprostszych czynności. I choć samą w sobie opiekę nad babcią oczywiście można uznać za akt miłosierdzia, to jednak ważne jest w jaki sposób została ona nagrana. I w tym  właśnie tkwi problem,  gdyż  babcia  artysty ukazana została w sytuacjach najbardziej intymnych, kiedy to kamera ustawiona była właśnie w ten sposób, aby jak najwięcej z tej intymności uchwycić.

 

Według Karoliny Staszak to właśnie tego typu dzieła, godzące w ludzką godność, są tymi, którym należy się sprzeciwiać. Wykorzystywanie w różny sposób symboli religijnych można lepiej lub gorzej obronić, jednak dzieło, które narusza  czyjąś  godność  po  prostu obronić się nie może.

 

 

I tu odkryć można miejsce na miłosierdzie. Miłosierdzie skierowane przez odbiorców w stronę artystów. Często przecież pogubionych, nieszczęśliwych i wykorzystywanych przez kuratorów wystaw, aby przekraczali kolejne i kolejne granice.  Trzeba  zdobyć się na wysiłek zrozumienia twórców, ich motywyów, sposobu myślenia. Zamykając się na wszystkie propozycje jakie oferuje sztuka współczesna utrwalamy tylko „wojnę kulturową“ i okopujemy się na wygodnych pozycjach.  Musimy jednak  zdawać sobie sprawę z naszej odpowiedzialności za istnienie owej „wojny“ w przestrzeni publicznej i za jej konsekwencje. 

 

Rafał Bilicki

Miłosierdzie, które nie ma końca

Dodano

Czytając Ewangelię św. Jana rozdz. 21, wersety 15-19 zawsze zdumiewa mnie sposób, w jaki Jezus porusza serce Piotra. Jego pytanie „Szymonie czy mnie kochasz?”  ma niebywałą leczącą moc. Te słowa uzdrawiają do dzisiaj każde zranione ludzkie serce. Serce, które jest pogrążone w ciemności grzechów i błędów.

 

Sytuacja Szymona, później nazwanego przez Jezusa Piotrem, była trudna. Był jednym z najbliższych przyjaciół Jezusa. Od początku tej znajomości serce ucznia było „porwane” niebywale pociągającą mocą Chrystusa. Luigi Giussani, założycie wspólnoty Komunia i Wyzwolenie, pisze  o tej przemieniającej Obecności w swojej książce pt. „Zostawić ślady w historii świata”.

"Od pierwszego spotkania On zajął całą jego duszę, całe jego serce. Z tą obecnością w sercu, z nieustanną pamięcią o Nim, patrzył na żonę i na dzieci, towarzyszy w pracy, przyjaciół i nieznajomych, pojedyncze osoby i tłumy, z nią myślał i zasypiał. Ten Człowiek stał się dla niego jak wielkie, ogromne, niejasne jeszcze objawienie".[1]

 

Piotr zauroczony, wpatrzony w kroki Chrystusa podążał za Nim krok za krokiem. Był pewny swej lojalności i oddania, które potwierdzał głośno i publicznie:

 "Wówczas Jezus rzekł do nich: «Wy wszyscy zwątpicie we Mnie tej nocy. Bo jest napisane: Uderzę pasterza, a rozproszą się owce stada. Lecz gdy powstanę, uprzedzę was do Galilei». Odpowiedział Mu Piotr: «Choćby wszyscy zwątpili w Ciebie, ja nigdy nie zwątpię». Jezus mu rzekł: «Zaprawdę, powiadam ci: Jeszcze tej nocy, zanim kogut zapieje, trzy razy się Mnie wyprzesz». Na to Piotr: «Choćby mi przyszło umrzeć z Tobą, nie wyprę się Ciebie». Podobnie zapewniali wszyscy uczniowie". (Mt 26,31-35).

 

miłosierdzie

 

Jednak w obliczu porażki serce Piotra stchórzyło. Najbardziej oddany uczeń zaparł się swojego Mistrza. Niewątpliwie dla Piotra rozwój wypadków był szalenie niezrozumiały. Ten, którego podziwiał, który miał zwyciężyć, kończył swe życie na krzyżu. I teraz, gdy Chrystus zmartwychwstał, gdy cała ta „porażka” okazała się zwycięstwem, Piotr zostaje postawiony w trudnej sytuacji. Musi skonfrontować się z Jezusem. Spojrzeć mu prosto w oczy.

"Całe jego życie jednak – nawet wtedy, kiedy trwał przy Mistrzu – było udręczone z powodu jego gwałtownego usposobienia, wrodzonej popędliwości, bezmyślnego wychodzenia przed orkiestrę. Patrzył na siebie w świetle swych ułomności. Zdrada natomiast wyraźnie odsłoniła resztę jego błędów; pokazał, że nic nie znaczy, pokazała, jak bardzo jest słaby, tak bardzo słaby, że godny pożałowania. Szymonie … - kto wie, jaki dreszcz nim wstrząsnął, gdy słowo to rozległo się wyraźnie w jego uszach, dotykając serca – Szymonie…– tu nieznacznie odwrócił twarz w stronę Jezusa: …czy kochasz Mnie?. Kto by się spodziewał takiego pytania? Kto by oczekiwał takich słów?" [2]

 

Giussani właściwie zauważa, że postawa Chrystusa wobec Piotra był zaskakująca. Jezus spogląda na niego z czułością – tak jakby wiedział jak wielki ból i ciężar z powodu zdrady nosi w sobie jego przyjaciel. Zadaje mu trzykrotnie jedno pytanie: „Czy mnie kochasz?”. Pytanie, które ma pomóc Piotrowi poznać swoją godność, odszukać to, co istniało w jego sercu od pierwszego spotkania z Jezusem. Zadane pytanie pomaga Piotrowi zachwycić się raz jeszcze bliskością Jezusa.  Stojąc przed Chrystusem odnajduje w sobie tę odwagę i odpowiada:

"Tak Panie, Ty wiesz, że Cię kocham!"

 

Giussani dodaje: "Jak mógł powiedzieć coś takiego po tym wszystkim, co zrobił? To „tak” było potwierdzeniem uznania największej wyjątkowości i niekwestionowanej sympatii, która wchłania wszystkie inne".[3]

 

To owo „tak” było otwarciem się Piotrowego serca na miłosierdzie, na ogromną moc przebaczenia. Pochłonięty tą mocą dopiero teraz jest gotowy podjąć się największej misji swojego życia – prowadzenia Kościoła.

 

Miłosierdzie Boże, w obliczu naszych słabości i grzechów, ma niesamowitą moc uzdrawiania, przypomina nam o tym, czego tak naprawdę pragnie nasze serce. Przebaczenie Chrystusa nie jest łaską daną nam tylko dlatego, że jesteśmy biedni i słabi. Jest mocą, która porusza serca, by na nowo mogły poczuć te pierwotne pragnienie "przylgnięcia do Obecności". [4]

 

Niestety czasami przeświadczenie o tym, że nie zasługujemy na miłosierdzie zamyka nas samych na uzdrowienie. Przybieramy postawę Judasza, który pomimo tego, że ostatecznie zrozumiał swój błąd i chciał go naprawić, to nie udźwignął ciężaru swojej zbrodni. Każdy grzech i błąd jest trudny, ale dla tego, który postawi w centrum swojego życia Chrystusa to uzdrowienie jest możliwe. Możliwe jest spojrzenie Chrystusowi prosto w oczy i głośne powiedzenie „tak Panie, Ty wiesz, że Cię kocham!”.

 

 miłosierdzie

 

Doświadczenie misji w Domach Serca pokazuje jak ważna jest pamięć o tym, że: "Miłosierdzie jest postawą Tajemnicy wobec wszelkiej słabości, grzechu i zaniedbania człowieka. Bóg kocha człowieka, pomimo jakiejkolwiek jego zbrodni".[5] Każdego dnia wolontariusze spotykają osoby, które straciły nadzieję, na to, że zostanie im przebaczone to wszystko, co uczyniły. Osoby, które pogrążone są w rozpaczy, która jest konsekwencją błędów.

 

Czasem same słowa nie wystarczą.  Aby wyzdrowieć nie wystarczy tylko usłyszeć Dobrą Nowinę. Należy jeszcze otworzyć swoje serce na miłosierne spojrzenie Jezusa. Trzeba podnieść zmęczone od łez oczy i spojrzeć na Tego, którego się skrzywdziło… Jego wzrok ma moc uzdrawiania, przemieniana rozpaczy w wolność.

 

Moje krótkie doświadczenie misyjne pokazało mi, jak bardzo współczucie pomaga innym w uzdrowieniu. Czułe gesty wykonywane względem naszych cierpiących przyjaciół są jakby drogowskazami dla nich. Dzięki temu współczuciu raz jeszcze starają się podnieść swoje zmącone bólem oczy i spojrzeć na Uzdrowiciela.

 

Matka, która cierpi po zamordowaniu podczas aborcji swojego kolejnego dziecka dzięki współczującym gestom otoczenia pozwoli sobie raz jeszcze, aby stanąć przed tym, który daje życie i powiedzieć głośno, choć z bólem – Panie Ty wiesz, że Cię kocham!

 

Miłosierdzie Boże ma wtedy szansę, by uzdrowić serce, przemienić je, wlać w nie odwagę, by taka osoba rozpoczęła walkę o swoje życie i o życie tych, których skrzywdziła. Współczujący gest miłości jest gestem, który ma ośmielać, który ma przypominać o obecności Tego, który ma moc uzdrawiania. Tego, który kocha pomimo wszystko.

 

Są rany, które człowiek musi nieść ze sobą całe życie. Są konsekwencje grzechów, które będą prześladować go do końca drogi. Wszystko to może być przyczyną rozpaczy. Miłosierdzie jest jednak tą tajemnicą, która ma moc łamania barier i choć konsekwencji grzechu nie zabiera (Piotr zapewne do końca swego życia pamiętał ten moment zaparcia się) to dodaje siły by je udźwignąć i wykorzystać do szerzenia nowiny o Bożym Miłosierdziu.

 

Dominika Pruszczyńska - teolog, dziennikarz; udała się na trzy misje z Domami Serca - do Indii, Urugwaju oraz Polski. 

 

(wszystkie obrazy autorstwa Michela Ciry)

 

[1] Tamże, s. 84

[2] Tamże, s. 86

[3] Tamże, s. 87-88

[4] L. Giussani „Zostawić ślady w historii świata”, Opole 2011, s. 84

[5] Tamże, 83-84

Tylko nie mów nikomu. Czy jest nadzieja?

Dodano

Film „Tylko nie mów nikomu” to były dla mnie trudne dwie godziny, gdy ciężko było złapać oddech a gardło było ściśnięte aż do samego końca. Dokument obejrzałam w dzień premiery i do tej pory nie do końca mogę się pozbierać. Ciągle słyszę szokujące wypowiedzi ofiar, widzę różne postawy sprawców i to zawieszone pytanie: i co teraz? i co dalej? co możemy z tym wszystkim zrobić?

 

Film Tomasza Sekielskiego bije rekordy wyświetleń na portalu Youtube, gdzie został udostępniony. Przez 5 dni obejrzało go (lub próbowało obejrzeć) ponad 16 milionów osób.

 

Film dotyka bardzo trudnego tematu związanego z pedofilią w Kościele Katolickim. Niby sprawa stara jak świat, odkąd pamiętam słyszałam o historiach, które od czasu do czasu wychodziły na światło dzienne. Jednak tym razem materiał jest jakby podsumowaniem wszystkiego, co do tej pory się wydarzyło w polskim Kościele. Film Tomasza Sekielskiego to swoisty zbiór faktów. Mamy przedstawione relacje ofiar, postawy i wypowiedzi sprawców oraz w mniejszym czy większym stopniu informacje o „załatwieniu” sprawy.  

 

I choć może tak się wydawać film ten nie jest „antyreligijnym manifestem”. Według mnie, i wielu innych, jest to dokument przedstawiający wstrząsające fakty o pedofilii pośród osób duchownych i ukazujący bardzo słabe rozwiązania, w wielu przypadkach tylko pozorne kroki, jakie Kościół podjął w walce z przestępcami. Po obejrzeniu tego filmu ma się wrażenie, że był on nakręcony po to, by potrząsnąć trochę środowiskiem kościelnym, wzbudzić gdzieś „pozamiatane” uczucia o odpowiedzialności hierarchów Kościoła za to, co się wydarzyło.

 

Obserwując reakcje Kościoła po emisji filmu wielu z nas zostało zaskoczonych tym, co się wydarzyło. Mogę tu przytoczyć słowa pana Sekielskiego:

„Myślałem, że będzie wyniosłe milczenie, jak zazwyczaj, kiedy Kościół jest konfrontowany z trudnym tematem. Najpierw muszą się zebrać wszyscy biskupi, długo zastanawiają się, co zrobić, po czym wychodzi rzecznik prasowy i czyta komunikat. Myślałem, że będzie tym razem podobnie”.

 

Jednak tak się nie stało. Wielu bardzo ważnych kapłanów w Kościele stanęło przed kamerami, by po raz kolejny uderzyć się w pierś i zapewnić o podjęciu odpowiednich kroków by zaradzić takim tragediom.

 

Tylko nie mów nikomu

 

Film został nakręcony praktycznie bez cenzury. To, co słyszymy, wzbudza w nas skrajne uczucia. Żal, smutek, złość… Może rzeczywiście ten film będzie „motorem” do zmian, do uzdrowienia systemu prewencyjnego w Kościele?

 

Autor tego dokumentu wspomniał, że prawdopodobnie nakręci kontynuacje. Trochę tylko nie wiem po co? Jak dla mnie problem wybrzmiał, został dostrzeżony, poruszył serca i umysły. Według mojej opinii nie ma już sensu rozgrzebywać go dalej. Teraz należy się skupić na samym problemie.

 

Wszystkie powyższe akapity tego tekstu to jedna z wielu podobnych opinii. Przedstawienie problemu bardzo twardo i rzeczowo. Jednak życie chrześcijanina to nie tylko wykonywanie prawa i szukanie sprawiedliwości, to także określanie rzeczywistości, jaką ona jest – taką, jaka została stworzona przez Stwórcę.

 

Życie chrześcijańskie to miłosierdzie. To droga miłości. To spojrzenie na człowieka, jakim on jest naprawdę, próba dostrzeżenia w każdym człowieku bożej iskry życia.  Długo myślałam, jaka powinna być nasza postawa. Zapewne każdy sam będzie musiał ocenić, zarówno ten film jak i fakty w nim zawarte. Jednak z mojego punktu widzenia w tej ocenie nie powinno zabraknąć miłości. Miłości do ofiar pedofilii, które będą nosić w sobie już do końca życia ciężkie brzemię krzywdy, jakiej doznali. Ich krzywda „zasługuje” na dostrzeżenie, ich wstrząsające historie muszą być wysłuchane, ich życie powinno być objęte opieką i modlitwą.

 

A co ze sprawcami, co z księżmi, którzy dopuścili się tych czynów. Oczywiście zasługują na karę, ale co dalej? Nie można odwołać tego, co się stało, nie można naprawić tej krzywdy. Ból zostanie w sercu człowieka już na zawsze. Co można z tym zrobić? Odpowiedź na to pytanie musimy oddać miłosierdziu Boga. My już nic nie możemy zrobić. Potrzebna jest nasza wiara i modlitwa.

 

A co z księżmi, którzy dzięki łasce powołania wypełniają swoją misje rzetelnie, nauczając o miłości Boga, budując Kościół pełny miłosierdzia, otwierając innym oczy na wielkie i przepiękne dzieła Boga?

 

Reakcje po filmie były różne. Jednak najbardziej mnie poruszyła wypowiedź jednego księdza, który opisał to jak czuje po obejrzeniu filmu. Użył słów: „przybity, rozbity, przytłoczony”. Bo ten grzech właśnie tak działa – nie kończy się tylko na sprawcach i ofiarach – rozprzestrzenia się na całą wspólnotę Kościoła, na całe społeczeństwo. Każdemu wymierza w jakiejś mierze cios i przynosi cierpienie. Wspomniany ksiądz prosi o modlitwę za ofiary, ale też za księży. To trudny dla nich czas.

 

Oczywistym jest, że Kościół musi się nauczyć jak sprawiedliwie rozwiązywać tego typu sytuacje, jak reagować na zbrodnie, która dzieje się w jego wnętrzu. Miejmy nadzieję, że zaistniała sytuacja będzie w tym pomocna. Ale temat pedofilii w Kościele uczy mnie jeszcze czegoś innego – na rzeczywistość powinno się patrzeć i oceniać ją taką, jaka była stworzona przez Boga, a nie przez (jak jest w wielu przypadkach) ludzkie nieudolne systemy. Powinniśmy dostrzegać, że kapłaństwo jest święte - takie zostało stworzone. Musimy wspierać dobrych kapłanów, ofiarowywać za nich naszą modlitwę. Bo kapłaństwo to tak naprawdę misja całego Kościoła – niesienie miłości Boga wszędzie – w każdy zakątek świata. Modlić się, aby słabość ludzka nie zniszczyła świętości Kościoła. Bolą mnie bardzo komentarze typu: „ja nie rozumiem jak po obejrzeniu tego filmu można prowadzić dzieci do komunii świętej?” lub „Ja już nigdy nie przekroczę progu kościoła, bo to, co się tam dzieje to Sodoma i Gomora”. Gdzieś tu zabrakło tego pierwotnego zrozumienia, czym jest dar kapłaństwa i dar uczestnictwa w misji Kościoła.

 

Każdy z nas powinien popatrzeć na swoje życie i określić swoją misje w tej rzeczywistości, którą mamy. Ja swoją widzę w modlitwie i w próbie przedstawienia innym rzeczywistości – taką, jaką ona jest naprawdę, jaką została stworzona. Rzeczywistości, która jest darem, która jest święta. 

 

Dominika Pruszczyńska