Tylko nie mów nikomu. Czy jest nadzieja?

Dodano

Film „Tylko nie mów nikomu” to były dla mnie trudne dwie godziny, gdy ciężko było złapać oddech a gardło było ściśnięte aż do samego końca. Dokument obejrzałam w dzień premiery i do tej pory nie do końca mogę się pozbierać. Ciągle słyszę szokujące wypowiedzi ofiar, widzę różne postawy sprawców i to zawieszone pytanie: i co teraz? i co dalej? co możemy z tym wszystkim zrobić?

 

Film Tomasza Sekielskiego bije rekordy wyświetleń na portalu Youtube, gdzie został udostępniony. Przez 5 dni obejrzało go (lub próbowało obejrzeć) ponad 16 milionów osób.

 

Film dotyka bardzo trudnego tematu związanego z pedofilią w Kościele Katolickim. Niby sprawa stara jak świat, odkąd pamiętam słyszałam o historiach, które od czasu do czasu wychodziły na światło dzienne. Jednak tym razem materiał jest jakby podsumowaniem wszystkiego, co do tej pory się wydarzyło w polskim Kościele. Film Tomasza Sekielskiego to swoisty zbiór faktów. Mamy przedstawione relacje ofiar, postawy i wypowiedzi sprawców oraz w mniejszym czy większym stopniu informacje o „załatwieniu” sprawy.  

 

I choć może tak się wydawać film ten nie jest „antyreligijnym manifestem”. Według mnie, i wielu innych, jest to dokument przedstawiający wstrząsające fakty o pedofilii pośród osób duchownych i ukazujący bardzo słabe rozwiązania, w wielu przypadkach tylko pozorne kroki, jakie Kościół podjął w walce z przestępcami. Po obejrzeniu tego filmu ma się wrażenie, że był on nakręcony po to, by potrząsnąć trochę środowiskiem kościelnym, wzbudzić gdzieś „pozamiatane” uczucia o odpowiedzialności hierarchów Kościoła za to, co się wydarzyło.

 

Obserwując reakcje Kościoła po emisji filmu wielu z nas zostało zaskoczonych tym, co się wydarzyło. Mogę tu przytoczyć słowa pana Sekielskiego:

„Myślałem, że będzie wyniosłe milczenie, jak zazwyczaj, kiedy Kościół jest konfrontowany z trudnym tematem. Najpierw muszą się zebrać wszyscy biskupi, długo zastanawiają się, co zrobić, po czym wychodzi rzecznik prasowy i czyta komunikat. Myślałem, że będzie tym razem podobnie”.

 

Jednak tak się nie stało. Wielu bardzo ważnych kapłanów w Kościele stanęło przed kamerami, by po raz kolejny uderzyć się w pierś i zapewnić o podjęciu odpowiednich kroków by zaradzić takim tragediom.

 

Tylko nie mów nikomu

 

Film został nakręcony praktycznie bez cenzury. To, co słyszymy, wzbudza w nas skrajne uczucia. Żal, smutek, złość… Może rzeczywiście ten film będzie „motorem” do zmian, do uzdrowienia systemu prewencyjnego w Kościele?

 

Autor tego dokumentu wspomniał, że prawdopodobnie nakręci kontynuacje. Trochę tylko nie wiem po co? Jak dla mnie problem wybrzmiał, został dostrzeżony, poruszył serca i umysły. Według mojej opinii nie ma już sensu rozgrzebywać go dalej. Teraz należy się skupić na samym problemie.

 

Wszystkie powyższe akapity tego tekstu to jedna z wielu podobnych opinii. Przedstawienie problemu bardzo twardo i rzeczowo. Jednak życie chrześcijanina to nie tylko wykonywanie prawa i szukanie sprawiedliwości, to także określanie rzeczywistości, jaką ona jest – taką, jaka została stworzona przez Stwórcę.

 

Życie chrześcijańskie to miłosierdzie. To droga miłości. To spojrzenie na człowieka, jakim on jest naprawdę, próba dostrzeżenia w każdym człowieku bożej iskry życia.  Długo myślałam, jaka powinna być nasza postawa. Zapewne każdy sam będzie musiał ocenić, zarówno ten film jak i fakty w nim zawarte. Jednak z mojego punktu widzenia w tej ocenie nie powinno zabraknąć miłości. Miłości do ofiar pedofilii, które będą nosić w sobie już do końca życia ciężkie brzemię krzywdy, jakiej doznali. Ich krzywda „zasługuje” na dostrzeżenie, ich wstrząsające historie muszą być wysłuchane, ich życie powinno być objęte opieką i modlitwą.

 

A co ze sprawcami, co z księżmi, którzy dopuścili się tych czynów. Oczywiście zasługują na karę, ale co dalej? Nie można odwołać tego, co się stało, nie można naprawić tej krzywdy. Ból zostanie w sercu człowieka już na zawsze. Co można z tym zrobić? Odpowiedź na to pytanie musimy oddać miłosierdziu Boga. My już nic nie możemy zrobić. Potrzebna jest nasza wiara i modlitwa.

 

A co z księżmi, którzy dzięki łasce powołania wypełniają swoją misje rzetelnie, nauczając o miłości Boga, budując Kościół pełny miłosierdzia, otwierając innym oczy na wielkie i przepiękne dzieła Boga?

 

Reakcje po filmie były różne. Jednak najbardziej mnie poruszyła wypowiedź jednego księdza, który opisał to jak czuje po obejrzeniu filmu. Użył słów: „przybity, rozbity, przytłoczony”. Bo ten grzech właśnie tak działa – nie kończy się tylko na sprawcach i ofiarach – rozprzestrzenia się na całą wspólnotę Kościoła, na całe społeczeństwo. Każdemu wymierza w jakiejś mierze cios i przynosi cierpienie. Wspomniany ksiądz prosi o modlitwę za ofiary, ale też za księży. To trudny dla nich czas.

 

Oczywistym jest, że Kościół musi się nauczyć jak sprawiedliwie rozwiązywać tego typu sytuacje, jak reagować na zbrodnie, która dzieje się w jego wnętrzu. Miejmy nadzieję, że zaistniała sytuacja będzie w tym pomocna. Ale temat pedofilii w Kościele uczy mnie jeszcze czegoś innego – na rzeczywistość powinno się patrzeć i oceniać ją taką, jaka była stworzona przez Boga, a nie przez (jak jest w wielu przypadkach) ludzkie nieudolne systemy. Powinniśmy dostrzegać, że kapłaństwo jest święte - takie zostało stworzone. Musimy wspierać dobrych kapłanów, ofiarowywać za nich naszą modlitwę. Bo kapłaństwo to tak naprawdę misja całego Kościoła – niesienie miłości Boga wszędzie – w każdy zakątek świata. Modlić się, aby słabość ludzka nie zniszczyła świętości Kościoła. Bolą mnie bardzo komentarze typu: „ja nie rozumiem jak po obejrzeniu tego filmu można prowadzić dzieci do komunii świętej?” lub „Ja już nigdy nie przekroczę progu kościoła, bo to, co się tam dzieje to Sodoma i Gomora”. Gdzieś tu zabrakło tego pierwotnego zrozumienia, czym jest dar kapłaństwa i dar uczestnictwa w misji Kościoła.

 

Każdy z nas powinien popatrzeć na swoje życie i określić swoją misje w tej rzeczywistości, którą mamy. Ja swoją widzę w modlitwie i w próbie przedstawienia innym rzeczywistości – taką, jaką ona jest naprawdę, jaką została stworzona. Rzeczywistości, która jest darem, która jest święta. 

 

Dominika Pruszczyńska

Co po pożarze Notre-Dame?

Dodano

Gdy paliły się kolejne części Notre-Dame chyba wszyscy mieliśmy ściśnięte gardła. Jak to możliwe? Właśnie teraz, na naszych oczach płonie jeden z najbardziej znanych kościołów świata, dzieło sztuki w czystej postaci! Czy to naprawdę możliwe? Czuliśmy się wściekli, bezradni, potem przygnębieni. A teraz czas stanąć z rzeczywistością twarzą w twarz.

 

Notre-Dame, czyli Nasza Pani zbudowana została w 1345 r., choć budowę jej zaczęto w 1163 r. (jej budowa trwała więc ponad 180 lat!). Rozsławiona po raz pierwszy w literaturze światowej poprzez powieść Katedra Marii Panny w Paryżu (znaną też pod tytułem Dzwonnik z Notre-Dame) autorstwa Victora Hugo. Była miejscem koronacji cesarzy francuskich oraz świadkiem ceremonii ślubnych wielu królów. Była najpiękniejszym przykładem architektury gotyckiej. Co roku odwiedzało ją 13 milionów ludzi, co uczyniło ją najczęściej zwiedzanym zabytkiem we Francji. 

 

Nie dziwi więc płacz i poczucie bezradności, które ogarnęły niemal cały świat. Wyrazy współczucia do narodu francuskiego wysyłane były z najdalszych zakątków globu. Niezależnie od wyznawanej religii, lub jej braku, wszyscy wstrzymali oddech na tę parę chwil, aby zobaczyć, co się wydarzy. A gdy już udało się opanować ogień zaczęło się tworzenie planów i wysuwanie wniosków.

 

Prezydent Francji Emmanuel Macron zapowiedział niemal natychmiast, że Katedra zostanie odbudowana. Nie potrzebował do tego szerokich analiz, wyliczeń ekonomicznych czy badań opinii publicznej. Po prostu – odruch, intuicja wskazały mu, że trzeba Katedrę odbudować. A co najmniej to obiecać. Później do akcji wkroczyli eksperci – wedłuch jednych odbudowa jest możliwa, według innych to bezsensowana walka, w której stracić można mnóstwo pieniędzy. Tak czy inaczej czas rekonstrukcji oblicza się na 30 lat.

 

Jednak oprócz opinii czysto technicznych nie brakowało również daleko idących wniosków społeczno-teologicznych. Być może pożar Notre-Dame zwiastuje upadek cywilizacji chrześcijańskiej? A może wykreśla Francję z krajów katolickich? Lub zupełnie na odwrót ma doprowadzić do odbudowy pozycji Kościoła Katolickiego we Francji?

 

Teorii można mnożyć. To jednak, co powinno nas zainteresować to rzeczywistość. A jest ona taka, że spora część Katedry została zniszczona. Czy to źle? Tak i...nie!

 

 

Władysław Tatarkiewicz, najbardziej ceniony współczesny polski filozof, opisał kiedyś dzieło sztuki jako „odtworzenie rzeczy, bądź konstrukcji form, bądź wyrażenia przeżyć, jednakże tylko takiego odtworzenia, takiej konstrukcji, takiego wyrazu, jakie są zdolne zachwycać, bądź wzruszać, bądź wstrząsać“. Od razu możnaby sformułować pytanie – kogo mają zachwycać, wzruszać lub wstrząsać? Przeciętnego człowieka? Wiemy przecież dobrze, że przeciętny człowiek nie istnieje.

 

Dzieło sztuki możemy spróbować zdefiniować także poprzez enumeratywne wymienienie zbioru rzeczy, które dziełami sztuki są. Jednak i ta metoda nas zawiedzie – jeszcze czterdzieści lat temu nikt nie słyszał o video art, dziś jest ono obecne niemal w każdym muzeum. I na odwrót – sztuka socjalistyczna, niegdyś wydawało się jedyna słuszna, dziś często oceniana jest krytycznie i wyrzucana poza obręb znaczeniowy dzieła sztuki. Jednak tym, co wydaje się łączyć wszystkie możliwe definicje jest zmienność oraz indywidualizm sztuki.

 

Niektóre z definicji dzieła sztuki mówią to wprost i określają zmienność jako immanentną cechę dzieła sztuki. Dzieło nigdy nie jest skończone, ono jest zawsze żywe. Gdy obiekt przestaje być żywy (czyli zmieniać się) przestaje zachwycać, wzruszać i wstrząsać, a zatem przestaje być sztuką.

 

I ten punkt widzenia trzeba zastosować do każdego dzieła i każdej zmiany. Bez zmiany nigdy nie powstanie żadna nowa rzecz.

 

Zgodnie z powszechnie znaną historią Neron kazał spalić Rzym, żeby swoje wrażenia opisać później w wierszu. Zniszczył coś, aby powstać mogło coś nowego. Inny przykład może stanowić słynny egipski sfinks. Sfinks bez nosa dodajmy. Oczywistym jest, że w początkowej swej postaci miał nos, później w wyniku przeróżnych działań (odłóżmy na bok rozważania jakich) ten nos stracił. Ale zyskał przy tym swój niepowtarzalny charakter! Dziś nie wyobrażamy sobie odbudowania sfinksa i doklejenia mu nosa. Jego zniszczenie, czy też zmiana, już stały się na tyle historyczne, że stanowią jego część, tak jak historia jego uszkodzenia tworzy część jego legendy.

 

Jeszcze bliższy nam przykład stanowić może obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Wiemy ze źródeł historycznych, że obraz ten w swej pierwotnej formie nie prezentował się tak jak możemy go zobaczyć dziś. Przede wszystkim na skutek napadu i zniszczenia w XV w. musiał on zostać odrestaurowany i nieco zmieniony. Dwie charakterystyczne rysy na twarzy Matki Boskiej, to właśnie wynik pocięcia obrazu szablą. W wyniku zdarzenia historycznego obraz się zmienił i, choć może zabrzmieć to nieco dziwnie, to właśnie jego zniszczenie nadało mu wyjątkowej wartości.

 

Takich przykładów można mnożyć, podczas wojen wiele dzieł sztuki zostało zniszczonych i uległo zmianie. Dziś często nie mamy nawet świadomości, że dzieło w oryginale wyglądało inaczej. W wielu przypadkach to właśnie historia zniszczenia nadaje dziełu szczególną wartość, przemienia je w dzieło, które się wyróżnia. Przestaje być już tylko piękne, jest piękne i zarazem niesie za sobą cały kontekst, wspomnienia, pozwala utożsamić się z nim.

 

I tu w końcu wracamy do Katedry Notre-Dame. Jej pożar to nie upadek, lecz przemienienie, wydarzenie, które przywraca ją do życia. To dzięki pożarowi wszyscy zaczęliśmy znów mówić o Notre-Dame, to dzięki niemu wyjdzie on z ram pięknego zabytku i stanie się symbolem budowy dla wielu pokoleń. Na nowo kolejne generacje będą mogły powiedzieć „widziałem, jak budowali Notre-Dame“. Takiej okazji nie mieliśmy od prawie 700 lat! I bez wątpliwości dzisiejsza technika oraz styl, w jakim zostanie odbudowana doda jej jeszcze większego kolorytu. Notre-Dame była przyzwyczajona do zmian – poszczególne iglice czy rzeźby były przecież dobudowywane w różnych momentach historii. Czas więc zamienić rozpacz w pełnię oczekiwania. Jak będzie się prezentować nowa Katedra Notre-Dame? Już nie mogę się doczekać, żeby ją zobaczyć!

 

Rafał Bilicki

W pozbawieniu wolności odkryć prawdziwą wolność

Dodano

Adriana Arango Muñoz, znana kolumbijska dziennikarka, prezentuje nam wymowne świadectwo tego, czego nauczyło ją bolesne doświadczenie więzienia.

 

Adriana Arango Muñoz urodziła się w Medellin, w Kolumbii, 30 grudnia 1964 roku. Studiowała komunikację spoleczną i dziennikarstwo. W wieku 24 lat przeprowadziła się do Bogoty i pracowała w wielu znanych kolumbijskich kanałach telewizyjnych i radiowych. Dzięki swej radości, spontaniczności i profesjonalizmowi stała się jedna z najbardziej kochanych przez Kolumbijczyków dziennikarek i prezenterek. Ma troje dzieci, Juana Estebana i Marianę Ramirez z pierwszego malżeństwa oraz Natalie z drugiego małżeństwa z Juanem Coyem.

 

W 2003r. Javier Coy założył firmę eksportową. Wtedy Adriana zdecydowała się zostawić pracę w mediach i pomóc mężowi w prowadzeniu interesu. Firma zaczęła się rozrastać, zdobyli pozwolenie na eksport kawy. Wkrótce potem wypuścili na rynek kwiaty. Zdecydowali się też rozszerzyć działalność i sami zajęli się wszystkimi etapami tego procesu, począwszy od produkcji kwiatów, (aby to zrobić wynajęli tereny w regionie Sabana w Bogocie) aż po ich sprzedaż w Buenos Aires, Santiago, Londynie, Nowym Jorku i Moskwie. Otworzyli biura we wszystkich tych miastach. Wzrost firmy pociągnął za sobą ogromny wkład finansowy, którego ani Adriana ani Javier nie mieli. Zwrócili się więc o pożyczki do rodziny i przyjaciół. Pożyczki wysoko oprocentowane.

 

 

W 2008r. mieli już niezliczone długi, które chcieli spłacić pożyczką z Narodowej Giełdy Rolnej, której jednak nigdy nie dostali. Adriana mówiła: ,,było to bardzo bolesne doświadczenie, bardzo nieodpowiedzialne. Nie byłam w stanie stwierdzić:,>Jesteśmy w tarapatach<. I żeby nie wypaść źle przed ludźmi, brnęliśmy w to, mysląc, że będziemy mogli sprzedać firmę. To trwało prawie 2 lata”.

 

Szybko nadszedł pozew, konfiskata majątku i w końcu więzienie. ,,Wystartowaliśmy nieprzygotowani, firma nadmiernie się rozrosła i byliśmy przekonani, że znajdziemy na nią środki. Całe to multimilionerskie przedsięwzięcie zostało zakopane tam, w uprawach. I tam są wszystkie pieniądze" - opowiadała Adriana w jednym z wywiadów. Zostali skazani na 7 lat pozbawienia wolności za bezprawne przejęcie pieniędzy, niezwrócenie ich oraz poważne oszustwo. Aby dostać obniżenie kary do połowy, musieli zgodzić się z ostatnim zarzutem. Adriana przebywała przez 9 miesięcy w więzieniu dla kobiet, a potem mogła odbyć resztę kary w domu, natomiast Javier odbył całość w ośrodku karnym.

 

Kilka tygodni temu zapragnęłam dowiedzieć się, jak skończyła się ta bolesna historia i na nowo zetknęłam się z Adrianą Arango, kobietą o niezwykłej sile i wierze, która we wszystkim co się wydarzyło potrafiła dostrzec szansę. Pasjonujący życiorys i przykład pokory, wiary oraz wytrwałości.

 

6 sierpnia 2015r. wyszła na wolność i udzieliła wywiadu: ,,Jak stwierdził mój mąż, było to najważniejsze, najglębsze i najbardziej wartościowe wydarzenie w naszym życiu, ponieważ od chwili utraty wolności odzyskałam prawdziwą wolność. Po kilku dniach w więzieniu zapytałam sama siebie  >I ja, dlaczego tu jestem?<. Nie w sensie dlaczego tak sie stało, ale w sensie czego muszę się nauczyć i co mogę od siebie dać z mojego ja, z mojego doświadczenia. Zdałam sobie sprawę, że moja rzeczywistość, oprócz tego, że jej nie chcialam, wystydziłam się jej, oprócz tego, że była bolesna i bardzo trudna, bardzo różniła się od rzeczywistości innych kobiet w więzieniu. Ja miałam wykształcenie, rodzinę, która mnie odwiedzała, przyjaciół, którzy nigdy mnie nie opuścili. Uświadomiłam sobie, że pośród wszystkich tych trudności miałam coś do zaoferowania moim koleżankom. Zaczęłam pracę w więziennej gazecie. To doświadczenie z moimi towarzyszkami z więzienia ukazało mi, co naprawdę chcę robić w życiu i że to, czego pragnę, to służyć innym".

 

Kilka tygodni po odzyskaniu wolności, Adriana spotkała niespodziewanie podczas rekolekcji jednego z wierzycieli, który na nią doniósł: "Bez źadnej urazy mężczyzna wręczył mi kwiat i ten wlaśnie szczegół, a nie bransoleta, którą monitorowano mnie 24 godziny na dobę, uwolnił moją duszę. Zaakceptowanie swojego błędu i stwierdzenie >pomyliłam się< – to tak naprawdę czyni cię wolnym”.

 

Nauczyła się żyć z radoscią na 60 metrach kwadratowych, przez ponad 6 lat. Pośród trudności, z wielką nadzieją i ufnoscią, na nowo odkryła wartość małych rzeczy, nie pragnąc przy tym robić czy żyć ponad to, co przypadlo jej w udziale. Mieszkając w swoim domu-więzieniu mówila: "Nauczyliśmy sie żyć tym, co mamy, jest tego niewiele, ale wiemy, że mamy wszystko… Nauczyłam się żyć obecną chwilą i dla mnie jest to osiągnięcie i jedna z nauk otrzymanych w tym czasie. Niczego nie oczekuję, nie wybiegam w przyszłość, uwielbiam ten czynnik niepewności w dobrym tego słowa znaczeniu. Wiem, źe wstaję rano i daję z siebie to, co najlepsze, że staram się być dobrym człowiekiem. Zaakceptowałam siebie, wybaczyłam sobie, poprosiłam o wybaczenie… Dla mnie ten proces oznacza odnalezienie na nowo tej Adriany, która wznosi się ponad pozorami, imieniem czy karierą. Po prostu robię rzeczy z milości i z przekonania i to właśnie sprawia, że jestem szczęliwa”.

 

Carolina Arambarry

Free solo czy dreszczyk wolości?

Dodano

Jeśli Free Solo zaskoczył wszystkich, zdobywając w niedzielę 23 lutego w Hollywood Oscara za najlepszy film dokumentalny, to nie dlatego, że na to nie zasłużył. W „aktualnym klimacie”, wiele osób spodziewało się, że  nastroje polityczne wpłyną również na wybór w tej kategorii i przeforsują wygraną dokumentu o Ruth Bader Ginsburg. Dzięki Bogu, sztuka zwyciężyła nad polityką. Co więcej, udokumentowana przez Jimmy Chin i Elizabeth Chai Vasarhelyi wspinaczka oferuje „aktualnemu klimatowi” bardzo potrzebne otwarcie na zagadnienia dotyczące wielkości ludzkiej duszy, wolności i pragnienia nieskończoności.

 

 

Kręcony przez kilka lat film podąża za Alexem Honnoldem, który przygotowuje się do wyczynu, jakiego nikomu wcześniej jeszcze nie udało się osiągnąć. Chce wspiąć się na el Capitana stylem free solo. El Capitan to wysoki na 1 kilometr granitowy mur, matka królowej skał, położona w Parku Yosemite w Stanach Zjednoczonych. Czym jednak jest „free solo”? W wspinaczce określeniem „free-solo climbing” opisuje się wspinanie bez zabezpieczeń. Mając do dyspozycji tylko własne dłonie, stopy oraz woreczek z magnezją, która absorbuje pot z dłoni. Bez haków, bez liny. Bez żadnego zabezpieczenia.

Kiedy myślimy o sportach ekstremalnych, od razu wyobrażamy sobie sportowców spragnionych silnych wrażeń, którzy przeciwstawiają się śmierci, by podnieść poziom adrenaliny i zapisać się w historii. Alex Honnold jest daleki od tego stereotypu. Jego krewni przywołują samotne i spokojne dzieciństwo. Dziś, w wieku 33 lat, mieszka w swojej furgonecie z górami jako jednym towarzyszem. Uderza swoją prostotą i trzeźwością.

Co sprawia, że Alex decyduje się stawić czoła śmierci na pionowej ścianie, przed która drżą najbardziej doświadczeni wspinacze? Zawieszony w pustce, bez możliwości odwrócenia się, zdany na opuszki swoich palców i prawie niewidoczne reliefy z granitu, samotny i tajemniczy pielgrzym poszukujący wysokości, Alex, odpowiada: "Myślę, że to, co skłania mnie do tego, to ta sama rzecz, która prowadzi innych do religii.... Potrzeba czuć się małym, czuć, że ja należę do czegoś większego....". 

Idąc w ślady jury przyznającego Oscary, musimy również docenić pracę osób zaangażowanych w produkcję filmu. Doświadczeni we wspinaczce reżyserowie i długoletni przyjaciele również kładą swoje życie na szali. Wiedzą, że filmując wspinaczkę Alexa, utrudniają jego zadanie. Najmniejsze rozproszenie uwagi, najmniejszy błąd, a upadek stanie nieunikniony i śmiertelny. Kręcenie zmagań wspinacza staje się integralną częścią przygody – kamerzyści, tak samo jak Alex, mają prawo do popełniania błędów.

Dokument zaprasza nas nie tylko do udziału w wydarzeniu o walorach sportowych i artystycznych. Zaprasza nas do otwarcia się na wydarzenie ludzkie. Tytuł „Free solo” jest odpowiedni również dlatego, iż film opowiada o samotności i o poszukiwaniu wolności. Nie wszyscy jesteśmy powołani, aby wspiąć się na el Capitana, ale nasza wspinaczka po linii życia jest nie mniej ryzykowna, nie mniej zawrotna. Samotność wspinacza przypomina to, co kochał kontemplować Jan Paweł II - również miłośnik gór – czyli pierwotną samotność człowieka wobec nieskończoności.   Na pionowej drodze, która prowadzi do Boga, każdy krok wolności wymaga, abyśmy zaryzykowali nasze życie, narażając je na niebezpieczeństwo, którym jest ufność w znaki teraźniejszości.

Paul Anel