Hanna Chrzanowska, od słuchania do świętości w szpitalnym świecie

Dodano

Ta niedawno ogłoszona pielęgniarka zmieniła świat zdrowia w Polsce. Z okazji Światowego Dnia Ubogich, który odbywa się w niedzielę, 18 listopada, Papież Franciszek napisał: "Aby rozpoznać ich głos, potrzebujemy ciszy słuchania". Bez wątpienia życie Hanny Chrzanowskiej w mistrzowski sposób ilustruje to stwierdzenie: słuchanie cierpienia i ciągłe spojrzenie na pecjentów poszerzyło jej życie, aby dać jej wielką płodność. Wywiad z Kamilą Róg, pielęgniarką, obecnie wolontariuszką Domu Serca w Brazylii.

 

Kim była bł. Hanna Chrzanowska?

Odpowiedzenie na to pytanie wcale nie jest proste. Żeby móc zrozumieć bł. Hannę Chrzanowską trzeba poznać i zrozumieć  zarówno kontekst historyczno-kulturowy w którym się wychowywała i żyła, jak również trzeba móc nadążyć za jej działalnością, ponieważ bez wątpienia - Chrzanowska to co najmniej kilkanaście osób w jednym ciele.  Zamiłowanie do pielęgniarstwa zaszczepiła w niej ciotka – Zofia Szlenkier, siostra matki Chrzanowskiej. Była ona fundatorką dziecięcego szpitala w Warszawie. Już w czasie jego powstawania zabrała ona małą Hanię na plac budowy, gdzie później w wieku 12 lat dziewczynka była leczona na czerwonkę. Jak dowiadujemy się z jej osobistych zapisków, wydarzenie to bardzo pozytywnie wpłynęło na świadomość dziecka, a w szczególności opieka i troska pani Anieli - jednej z pielęgniarek. Jedyną działającą szkołą pielęgniarstwa w Polsce była wtedy Szkoła Zawodowych Pielęgniarek Stowarzyszenia PP. Ekonomek św. Wincentego à Paulo w Krakowie, a samo szkolnictwo pielęgniarstwa w żadnej mierze nie przypomniało obecnego. Hanna Chrzanowska żyła w czasach wydarzeń I i II wojny światowej. Ta druga jest dla Hanny okresem niezwykle bolesnym. Najpierw w trakcie bombardowań Warszawy umiera jej ukochana ciotka Zofia, następnie aresztowano jej ojca i wywieziono wraz z innymi profesorami do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, gdzie umarł; a kilka miesięcy później w Katyniu został zamordowany przez sowietów jej jedyny brat. Ale zacznijmy od początku…

 

 

Hanna Chrzanowska urodziła się 7 października 1902 roku w Warszawie. Pochodziła z zamożnej rodziny, w której ojciec – Ignacy Chrzanowski był znanym profesorem literatury. Gdy Hanna miała 8 lat, rodzina przeprowadziła się do Krakowa, gdzie prof. Chrzanowski objął katedrę na Uniwersyteckie Jagiellońskim. Hanna uczy się najpierw prywatnie, następnie kończy gimnazjum sióstr Urszulanek z wyróżnieniem i zdaniem matury. Wychowana w domu, w którym dużą wagę przywiązywano do działalności dobroczynnej, po maturze kończy krótki kurs pielęgniarski by móc pomagać ofiarom wojny. W 1920 roku rozpoczyna studia polonistyczne, które przerywa, kiedy dowiaduje się o otwarciu w Warszawie Szkoły Pielęgniarstwa. Od tego momentu Chrzanowska w pełnym oddaniu poświęca się pielęgniarstwu. Po ukończeniu szkoły wyjeżdża na stypendia do Francji i Belgii, gdzie pogłębia swoją wiedzę, w szczególności w zakresie pielęgniarstwa społecznego. Jako pielęgniarka pracowała w roli instruktorki w Uniwersyteckiej Szkole Pielęgniarek i Higienistek w Krakowie. Redagowała pierwsze zawodowe czasopismo pielęgniarskie w Polsce „Pielęgniarka Polska”. Publikowała wiele prac z dziedziny pielęgniarstwa. Brała czynny udział w przygotowaniu uchwalonej przez Sejm „Ustawy o pielęgniarstwie”. Była zaangażowana w powołanie Katolickiego Związku Pielęgniarek Polskich. Kiedy wybuchła II wojny światowa zgłosiła się do Krakowa jako ochotniczka w Polskim Komitecie Opiekuńczym, gdzie mocno zaangażowała się w opiekę nad uchodźcami, więźniami i przesiedlonymi. Szczególne miejsce w jej sercu zajęły osierocone dzieci, również żydowskie – którym znajdowała rodziny zastępcze. Trzeba zaznaczyć, że doświadczenie wojny i cierpienia jakie ze sobą niosła było szczególnym czasem przybliżania Chrzanowskiej do Boga, szukania w Nim oparcia, odkrywania siły modlitwy i Eucharystii. Po wojnie Chrzanowska wykładała pielęgniarstwo społeczne w Uniwersyteckiej Szkole Pielęgniarsko – Położniczej. Wyjechała na stypendium do USA, gdzie pogłębiała swoją widzę w zakresie pielęgniarstwa domowego. W 1957 r. objęła funkcję dyrektorki Szkoły Pielęgniarstwa Psychiatrycznego w Kobierzynie. Znając problemy wielu schorowanych ludzi – samotnych, opuszczonych i niepełnosprawnych, pozbawionych jakiejkolwiek opieki, postanowiła zorganizować dla nich opartą o struktury kościelne i niezależną od niewydolnej państwowej służby zdrowia fachową pomoc pielęgniarską. Opublikowała artykuł w Tygodniku Powszechnym pt. „Świat nie jest pusty, który zawierał całą tragiczną prawdę o losie bezimiennych chorych leżących w domach, pozbawionych elementarnej opieki. Odzew był natychmiastowy. Zgłaszali się ochotnicy do pracy i napływały pieniądze, za które zakupiono najpotrzebniejsze środki do opieki medycznej. W ten sposób zorganizowała absolutnie pionierskie przedsięwzięcie - pielęgniarstwo parafialne, z którym zwróciła się do ks. Karola Wojtyły oraz proboszcza parafii Mariackiej – ks. Ferdynanda Machaya. Przy wsparciu ze strony władz kościelnych, zorganizowała placówki pielęgniarstwa parafialnego w Krakowie i całej archidiecezji. Skupiła wokół tego dzieła szerokie grono współpracowników i wolontariuszy. Były wśród nich pielęgniarki, siostry zakonne, klerycy, księża, lekarze, profesorowie i studenci. Z ich pomocą zorganizowała dla swoich podopiecznych rekolekcje wyjazdowe, które dodawały chorym radości życia i sił potrzebnych do niesienia codziennego krzyża. Dzięki jej staraniom upowszechnił się zwyczaj odprawiania Mszy Świętej w domu chorego oraz odwiedzin chorych w ramach wizytacji duszpasterskich. Na wniosek kard. Karola Wojtyły, Ojciec Święty: Paweł VI odznacza ją medalem „Pro Ecclesia et Pontilice”. Życie wewnętrzne Hanny zostało uformowane w znacznej mierze wg duchowości św. Benedykta „módl się i pracuj” – od 1956 r. jest oblatką Opactwa Tynieckiego. Służąc całe życie chorym i cierpiącym coraz wyraźniej uświadamia sobie, że służy w nich samemu Chrystusowi.

Hanna Chrzanowska umarła w Krakowie, 29 kwietnia 1973 r. Uroczystość beatyfikacji obyła się 28 kwietnia 2018 w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach.

 

Kościół wyniósł Hannę Chrzanowską do godności błogosławionej. Jakie przesłanie wnosi ona swoim życiem dla naszych czasów? W jaki sposób przybliża nam ona Królestwo Boże tu, na ziemi?

Myślę, że Chrzanowska swoim życiem w sposób bardzo konkretny pokazuje, że świętość jest tu i teraz i że jest dla każdego bez względu na wiek. Trzeba zaznaczyć, że to wcale nie było tak iż urodziła się ona z darem dostrzegania cierpiącego oblicza Boga w drugim człowieku. Zaczęła rozumieć tą tajemnicę z czasem, szukając odpowiedzi na sens cierpienia, którego w jej życiu i otoczeniu nie brakowało. Nie zatrzymywała się na powierzchni, ale stawiała pytania i szukała sensu. „Szukajcie, a znajdziecie” /Mt7,7/. Swoje nawrócenie przeżyła w wieku 30 lat. To właśnie od tamtego momentu źródłem jej codziennych aktywności jest Bóg. W Polsce mówi się o Chrzanowskiej jak o drugiej „Matce Teresie z Kalkuty”. Jakże prostym i banalnym byłoby stwierdzić, że św. Matka Teresa mogła być świętą, bo była w Kalkucie, bo było dużo potrzebujących… było łatwiej. A u nas? U nas już trudniej być świętym, u nas nie ma Kalkuty. Czy na pewno? Kilkadziesiąt lat później bł. Hanna pokazuje, że to wcale nie jest prawda. Że tak naprawdę cierpienie jest wszędzie jeśli tylko jesteśmy na nie wrażliwi i chcemy je dostrzec. Myślę, że mnie osobiście konfrontuje najpierw z tym pytaniem: Czy ja chcę i jaka jest moja postawa względem cierpienia?

Podczas jej pogrzebu kardynał Karol Wojtyła powiedział:  „Dziękujemy ci, Pani Hanno, że byłaś wśród nas…, że byłaś wśród nas jakimś wcieleniem Chrystusowych błogosławieństw z Kazania na Górze, zwłaszcza tego, które mówi: „błogosławieni miłosierni”.

Papież Franciszek o dziełach miłosierdzia powiedział tak: „Są drogą wymagająca, ale w zasięgu wszystkich. By wypełniać uczynki miłosierdzia nie trzeba iść na uniwersytet i uzyskać dyplom. Wszyscy możemy wypełniać uczynki miłosierdzia. Wystarczy, że każdy z nas zacznie zadawać sobie pytanie: Co mogę uczynić dzisiaj, żeby pomóc w potrzebie mojemu sąsiadowi?”. W trakcie wojny pomaga ofiarom. Po wojnie nie ma już ofiar, ale są uchodźcy, przesiedleńcy, sieroty i wdowy. Kiedy wykłada na uniwersytecie jest dla uczennic nie tylko wykładowcą, ale również wychowawcą i matka w jednym. Potem dostrzega samotność osób starszych. Na tu i na teraz widzi potrzeby i nie przechodzi obojętnie. To jest drugie pytanie jakie stawia: „Jesteś zimny, letni czy gorący? Czy odpowiadasz?”. A to pytanie prowadzi już do samego Źródła. Dlatego, że cierpienie samo w sobie jest dla człowieka za trudne, zbyt bolesne, samemu nie można konfrontować się z cierpieniem. Tylko i tylko wtedy jeśli przyjmiemy postawę, że cierpienie jest tajemnicą i że w każdym cierpiącym jest oblicze Jezusa z Kalwarii – tylko wtedy można naprawdę z miłością i radością serca wytrwać w posłudze i obecności wśród cierpiących. Współczuć a nie lamentować.

 

Co dla Ciebie oznacza, że była pielęgniarką?

Zawsze ilekroć poznaję nowych ludzi i mówię im, że jestem pielęgniarką to pada z ich strony poważne stwierdzenie: „To musi być ciężka praca”. W takich sytuacjach bardzo zdecydowanie odpowiadam: „Tak, to prawda, ale jeśli o mnie chodzi, to nie wyobrażam sobie tej pracy bez wiary w Boga i bez dostrzegania Go w drugim człowieku. Po prostu się nie da.”. Hanna Chrzanowska jest pierwszą błogosławioną pielęgniarką świecką. Jest wzorem w powołaniu jakim jest pielęgniarstwo. Dlatego ja osobiście jestem wdzięczna Bogu za dar życia bł. Hanny Chrzanowskiej, która jest dla mnie potwierdzeniem, bardzo konkretnym – że w mojej pracy pomagam Cierpiącemu, że chodzi o coś więcej niż tylko przyjście i wyjście z pracy. Ona jakby pokazuje czym należy się kierować w pielęgniarstwie. Pokazuje co jest najważniejsze. Nazywana „siostrą naszego Boga”, na wzór św. brata Alberta - „brata naszego Boga”. Poprzez swoje życie Hanna przez to, że jest wzorem, jest także rachunkiem sumienia dla nas - pracowników służby zdrowia. Lub jak to określił kard. Macharski „sumienie środowiska pielęgniarskiego”. Myślę, że niestety, ale jednak tak jest – jeśli spotykamy się z cierpieniem dzień w dzień, w różnych okolicznościach zarówno zewnętrznych tj. system, praca zmianowa, 12-godzinne dyżury, stres; i wewnętrznych tj. trudna sytuacja rodzinna, temperament - to istnieje duże ryzyko, że przyzwyczaimy się do cierpienia na tyle, że przestaniemy być na nie wrażliwi. A pytanie, które bardzo często zadawała błogosławiona brzmiało: „Czy chory jest pierwszy?”. Zresztą, oddajmy jej głos:  „(…) my się zastanówmy nad tym jak się chorym powodzi w szpitalach? Czy my jesteśmy zadowolone z poziomu usługi choremu przez pielęgniarki? Dlaczego (…) chorzy boja się szpitali? Dlaczego chorzy wychodzą ze szpitala zaniedbani? Dlaczego (…) chora staruszka nie była ani razu myta w szpitalu i sama się nacierała, żeby nie dostać odleżyn? Dlaczego tak się dzieje? Czy tylko dlatego, że pielęgniarek jest mało? Czy nie ma pielęgniarek siedzących w dyżurkach myślących o czym innym niżli o chorym? (…) Ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że ówczesny czas jest czasem trudnym. Wszyscy dobrze wiemy, że istnieje znieczulica społeczna tak zwana.”

/fragment wypowiedzi bł. Hanny Chrzanowskiej/

 

 

Osoby, które znały błogosławioną osobiście często mówią o niej używając sformułowania „cioteczka”. Skąd to się wzięło?

Hanna Chrzanowska poświęcała swój czas nie tylko chorym i cierpiącym, ale również jako instruktorka w Szkole Instruktorek Pielęgniarstwa w Warszawie, później kierownik szkolenia w otwartej opiece zdrowotnej oraz pełniąca funkcję wicedyrektorki w Państwowej Szkole Pielęgniarstwa w Krakowie – spędzała ogrom czasu z młodymi ludźmi, którzy nie byli dla niej obojętni. Rozumiała, że uczenie samego „przedmiotu” nie wystarcza, ale że równie ważne jest uczenie o „podmiocie”, o autentycznej służbie drugiemu człowiekowi; uwzględniając nie tylko potrzeby zdrowotne, ale również duchowe; ciągle zwracając uwagę na poszanowanie ludzkiej godności. Nie oceniała, ale pomagała wtedy, kiedy uczennice sobie nie radziły, albo kiedy zderzały się z trudną sytuacją chorego, która na początku po ludzku, bez doświadczenia, może przerażać. To właśnie przez to - ciepłe i z poczuciem humoru podejście do młodych - potrafiła ich wokół siebie i podejmowanych działań gromadzić. Podobnie jak ks. Karola Wojtyłę nazywano „wujkiem”, Hanna Chrzanowska stała się dla młodych „cioteczką”. Myślę jednak, że szło za tym coś więcej – była dla nich autorytetem. Chrzanowska wiedziała, że aby w pełni służyć drugiemu człowiekowi konieczne jest kształtowanie jego postawy i serca. To jest coś czego chyba w dzisiejszym świecie, również pielęgniarstwie brakuje, zarówno na poziomie edukacji jak i potem, w pracy. Brakuje niestety autorytetów. Hanna jako pierwsza zadbała o rekolekcje dla uczennic i osób zaangażowanych w pracę z chorymi. Organizowała konferencje. Ona nie tylko uczyła, ale wychowywała do życia. Kiedy człowiek nie wraca do źródła sensu dlaczego to robi – łatwo ten sens zgubić, albo o nim zapomnieć. I tutaj chciałabym przytoczyć wspomnienie pani Heleny Matogi – jednej z uczennic: „Wigilia (…). Dla szesnastolatki, która po raz pierwszy spędzała czas poza domem, miał to być jeden z najtrudniejszych dni. Tęskniła straszliwie za domem i rodziną. Surowa dyscyplina szkoły pielęgniarskiej w Krakowie jeszcze pogłębiała poczucie braku rodzinnego ciepła. (…) Helena zeszła na dół. Otworzyła drzwi do jadalni i oniemiała. W kącie stała jarząca się światełkami choinka, a przy drzwiach wyciągała do niej ręce odświętnie ubrana pani Chrzanowska (…) – Pani Chrzanowska podchodziła do każdej z nas, z każdą posiedziała i porozmawiała. Nie było, żadnej innej instruktorki, tylko ona (…)

 

Jakie pytania bł. Hanna Chrzanowska zadaje dzisiejszemu systemowi służby zdrowia?

Hmm… Myślę, że odpowiedź znajduje się w napisanym przez nią „Rachunku sumienia dla pielęgniarek” I choć zatytułowany jest „dla pielęgniarek” to tak samo może dotyczyć on lekarzy czy każdego innego zawodu medycznego. Zatem…owocnej lektury!



Artykuł napisany w oparciu o:

  1. „Siostra naszego Boga. Niezwykła historia Hanny Chrznowskiej” Paweł Zuchniewicz

  2. www.hannachrzanowska.pl

  3. http://niedziela.pl/artykul/21441/nd/Hanna-Chrzanowska---sumienie-pielegniarek

 

Ojczyzna przejściowa

Dodano

autor: Maria Borkowska

 

Tego roku takie słowa jak "ojczyzna" i "niepodległość" wybrzmiewają szczególnie często w polskiej przestrzeni publicznej.

 

Trwające obchody setnej rocznicy odzyskania wolności przez kraj, który na ponad 120 lat pogrążył się w państwowym niebycie, zmuszają do zastanowienia się nad prawdziwą wartością tych właśnie pojęć. Jakie mogą mieć one znaczenie w zglobalizowanym świecie, który, zwłaszcza w swym europejskim "dominium" rozmywa granice różnic narodowych? W Polsce, po latach lękliwego milczenia nad tematem miłości do ojczyzny, w pewnych kręgach zapanowała moda na patriotyzm, a w inych znowu dało znać o sobie jego zdeformowane oblicze zwane nacjonalizmem.

 

Tymczasem czym jest prawdziwy patriotyzm?

 

Nie ten oparty na przelotnym trendzie, kontrze, czy też pierwotnym instynkcie, ale ten, który może zasiewać w serca ludzi odwagę uzdalniającą do poświęcenia życia dla ojczyzny. Istotne jest tutaj użycie właśnie słowa "ojczyzna", bo ona, a nie twór państwowy, stanowi fundament patriotyzmu. Tę prawdę doskonale ilustruje historia Polski, która na długi czas została starta z mapy świata, naród został poddany depolonizacji, a elita zmuszona była szukać schronienia u innych narodów. Mamy tu do czynienia z sytuacją, kiedy nie można już mówić o istnieniu państwa, ale, paradoksalnie, kiedy ojczyzna zaczyna świecić blaskiem jaśniejszym i szlachtniejszym niż kiedykolwiek. Jest to czas, kiedy przebudzili się najwięksi bohaterowie narodu i kiedy zakrwawiona ziemia wydała najpiękniejsze owoce sztuki. Czas zaboru stał się czasem rozkwitu polskości i patriotyzmu – tej tajemniczej miłości do ojczyzny.

 

Jak pisze Święty Jan Paweł II "patriotyzm oznacza umiłowanie tego, co ojczyste: umiłowanie historii, tradycji, języka, czy samego krajobrazu ojczystego." (1) Jednak patriotyzm nie jest oparty jedynie na imponderabiliach, a tym bardziej nie na sentymentach. Jak dalej rozważa Papież "w obrębie pojęcia <<ojczyzna>> zawiera się jakieś głebokie sprzężenie pomiędzy tym, co duchowe, a tym, co materialne, pomiędzy kulturą a ziemią". (2) Dlatego miłość do ojczyzny może ośmielić ducha narodu do walki o przywrócenie odebranego dziedzictwa.  Dla Świętego Jana Pawła II pojęcie "ojczyzna" jest ściśle powiązana z relacją Syna i Ojca, którą Chrystus przez wcielenie, śmierć i zmartwychwstanie, przeniósł na relację ludzkość – Ojciec. "Odejście Chrystusa otwarło pojęcie ojczyzny w kierunku eschatologii i wieczności (...), a "inspiracja wiecznej ojczyzny zrodziła gotowość służenia ojczyźnie doczesnej." (3) Historia narodów zostaje powiązana w rozważaniach Papieża z historią zbawienia. (4) Ujmowana w tej perspektywie ojczyzna doczesna zostaje nam zadana, jako droga prowadząca do ojczyzny wiecznej. W ten sposób patriotyzm nie jest już dłużej wstydliwie skrywanym uczuciem, lekko ośmielanym przy okazji narodowych świąt, ale staje się autentyczną postawą zakorzenioną w chrześcijańskiej koncepcji odkupienia.

 

1 Jan Paweł II, Pamięć i tożsamość,  Kraków 2005, s. 71.

2 Ibidem,  s 67.

3 Ibidem,  s. 69.

4 Cf. ibidem,  s. 76.

                                                                                                        

Artykuł na blogu:   http://terredecompassion.com/2018/07/18/anniversaire-de-la-pologne-redecouvrir-le-bien-fonde-du-patriotisme/

Muzyka sakralna w Hawanie

Dodano

Festiwal muzyki sakralnej w Hawanie.

"Zapomniana, nieznana również  samym Kubańczykom."

 

Na początku marca w Hawanie odbył się tydzień muzyki kościelnej (musica sacra). Wspolnie z goscmi z Polski, Niemiec i Hiszpanii wsluchiwalismy sie miedzy innymi w muzyke organowa, chory dzieciece i doroslych, utwory prezentowane przez nieprzecietna grupe kontratenorow. Nie jestem znawcą muzyki, jednak mogę bez wahania stwierdzić, ze te koncerty to nie było tylko wydarzenie artystyczne.

Wszystkie utwory były wykonywane przez kubańskich, młodych artystów, których życie nie należny do najłatwiejszych. Szczególnie poruszający był dla mnie koncert przygotowany przez grupę młodych ludzi ( Ars Nova) którzy zaprezentowali pieśni, muzykę wykonywana w czasie Triduum Paschalnego w XIX wieku w kubańskich miastach o najstarszych i głębokich tradycjach chrześcijańskich ( Trinidad, Santa Clara, Remedios).

 

Członkowie grupy muzyków ciężko pracowali przeglądając archiwa parafialne w poszukiwaniu zapomnianych utworów muzycznych, informacji o ówczesnych tradycjach i  celebrowaniu Świąt Zmartwychwstania Pańskiego  W tym okresie przygotowywano procesje, cale miasta trwało w swoistej ciszy, pogrążone w rozmyślaniu Zycie mieszkańców było podporządkowane obchodom tajemnic Meki i Zmartwychwstania Chrystusa.

To rzeczywistość bardzo daleka od wspolczenych tendencji. Zapomniana, nieznana również  samym Kubańczykom.

Zadawałam sobie pytanie, co skłoniło muzyków (nie wszyscy są katolikami) do zaprezentowania tego właśnie repertuaru i to z takim przejęciem i zaangażowaniem?

Przypominam sobie chłopaka, ( niepozorny młodzieniec, z dredami… ) który niosąc krzyż  na przedzie procesji przez kościół, gdzie odbywał się koncert, śpiewał MISERERE. I wrażenie, które zrobił na słuchaczach Jak zauważyła S. Maria z mojej wspólnoty : » nie było żadnych braw, tylko pełna szacunku, głęboka, przejmująca cisza ».

Zachwyciło mnie w tym dniu bogactwo kultury, historii kubanczykow i ich pragnienie  obudzenia na nowo miłość do sztuki. Poruszyła mnie tez bardzo ewidentna tęsknota tych ludzi za poczuciem sensu, tęsknota za Chrystusem.

Po zakończonym koncercie wracałam do domu autobusem, jak zwykle zatłoczonym Niektórzy muzycy  również wracali tym samym autobusem. Godzinę wcześniej, poruszali serca słuchaczy dzięki swojej muzyce. Teraz, razem z innymi pasażerami, dzielą to samo życie, tłok, czasem brak cierpliwości, zniechęcenie. Ale ja wiem, patrząc na ich twarze,  że godzinę wcześniej przezywali oni i pozwalali nam przezywać coś głębokiego. Coś, co pozwala nam przypomnieć sobie o tym, kim jesteśmy, kim są Kubańczycy, o prawdziwej wartości i godności tego narodu.

 

Artykuł na blogu: http://terredecompassion.com/2018/05/09/musique-sacree-a-la-havane/

Orfilia Coello Ramos: dla kraju, dla muzyki

Dodano

 

-Dzień dobry Orfilio! Z tej strony Klaudia z Domów Serca. 

-Tak? – zapytała, jak gdyby nie wiedziała o kogo chodzi.

Pomyślałam: nie pamięta o naszym spotkaniu, o którym rozmawiałyśmy kilka dni wcześniej w domu naszej wspólnej przyjaciółki Maki, wiec postanowiłam jej streścić naszą poprzednią rozmowę.

-Widziałyśmy się w domu Maki w zeszłym tygodniu i...

-Przecież pamiętam moje dziecko. Mówiłas mi, ze chcesz porozmawiać ze mną o moim ojcu.

Pamięta! – Niesamowite! 103-letnia kobieta, która swoją pamięcią i błyskotliwością mogłaby zawstydzić wielu młodych ludzi.

 

 

Kiedy zobaczylam Orfilie po raz pierwszy, nie potrafilam uwierzyc, ze liczy 103 wiosny. Weszla do salonu w eleganckiej sukience i butach na obcasie. Miala nienagannie ulozone wlosy, delikatny makijaz i wielkie stylowe okulary z czerwonymi oprawkami. Weszla wolnym krokiem, jak prawdziwa dama.

Podczas rozmowy okazalo sie, ze Orfilia jest jedna z najpopularniejszych pianistek w Hondurasie i na dodatek jest corka slawnego muzyka i kompozytora Rafaela Coello Ramos.

Rafael urodzil sie w 1877 roku w Tegucigalpie i swoje pierwsze koncerty muzyczne grywal na gitarze w swoim pokoju pod lozkiem, jako ze jego mama zabraniala mu grywac, aby mogl sie skupic na nauce. Jego jedynymi nauczycielami byli jego ojciec Froylán Ramos i jego zmysl muzyczny, podarowany mu przez Boga. 

Jego pierwsza zona zmarla wydajac na swiat ich drugie dziecko. Po kilku latac ozenil sie ponownie i zostal ojcem trojki dzieci, w tym takze Orfilii. Starsza siostra Orfilii byla jego pierwsza nadzieja na przejecie jego zamilowania do muzyki, jednakze ta dziewiecioletnia dziewczynka niezbyt chetnie przysiadala do pianina. Przeciwnie Orfilia – skradala sie do salonu, aby moc przysluchiwac sie lekcjom gry na pianinie. Jednakze siedmioletniej dziewczynki nikt nie traktowal powaznie i odsylano ja do pokoju, aby uczyla sie pisac i czytac. Okazalo sie jednak, ze Orfilia – podobnie jak jej ojciec – zostala obdarzona nietuzinowym talentem muzycznym i juz w wieku dziewieciu lat towarzyszyla podczas koncertu pewnemu Niemieckiemu wiolonczeliscie (ktorego imienia niestety nie pamieta), grajac na pianinie. Byl to jej pierwszy koncert w Teatrze Narodowym w Tegucigalpie. Po tym koncercie matka tego wiolonczelisty, ktora pracowala w dyplomacji w Hondurasie zaproponowala Rafaelowi i jego zonie, aby wyslali swoja corke do Niemiec, aby tam mogla studiowac muzyke. Oni jednak przez wzglad na jej mlody wiek, nie wyrazili zgody. 

 

 

Rafael Coello byl fundadorem orkiestry “Verdi”, ktora uprzyjemniala uroczystosci oficjalne w domu prezydenckim za czasow kadencji generala Manuela Bonilli.  Zalozyl on takze `pierwsza i jedyna szkole muzyczna w Hondurasie, ktora istnieje do dzis.

„Uwielbialam patrzec na mojego ojca kiedy wchodzil na scene przy akompaniamencie glosnyc braw, aby dyrygowac. Bylam wtedy taka dumna” – opowiada nam Orfilia.

Historia zycia muzycznego Rafaela i Orfilii stale byla przeplatana watkami politycznymi Hondurasu. Ich praca jako muzykow byla zalezna od tego, kto w danym okresie piastowal stanowisko prezydenta. Podkreslila to Orfilia zapytana o to, kiedy zagrala swoj ostatni koncert. Odpowiedziala: „Nie wiem. Na prawde nie wiem ile lat temu to bylo, ale bylo to za kadencji prezydenta Maduro1, poniewaz wreczyl mi wyroznienie jako dla jednego z najwybitniejsych muzykow w kraju”. Jak sie pozniej dowiedzielismy, nie byl to jej ostatni koncert. Zagrala jeszcze kilka, ostatni cztery lata temu. Jej przyjaciel zdradzil nam, ze planuja zorganizowac kolejny koncert, co jest marzeniem Orfilii. 

Rafael byl nie tylko wielkim muzykiem, ale takze wielkim patriota. Jest kompozytorem wielu piesni narodowych (Himno a la Madre, Himno al Pino) a takze autorem ksiazki dla edukacji muzycznej w szkole podstawowej, ktora byla rewolucyjna w owych czasach. Wladze Hondurasu nie przywiazywaly bowiem duzej wagi do muzyki, jednak powoli ulegalo to zmianie. Kilka lat pozniej prezydentem Republiki Hondurasu zostal general Tiburcio Carías, ktory nie tylko nie wspieral kultury i sztuki w swojej ojczyznie, ale wrecz uniemozliwial jej byt. Rozwiazal orkiestre wojskowa i wycofal ksiazke Rafaela ze szkol podstawowych.

Mimo wszystko Rafael kontynuowal jako dyrygent orkiestry Verdi i komponowal. W 1950 roku zorganizowal „Chor Muzyki Dzieciecej”, w ktory zaangazanych bylo 500 uczniow szkoly podstawowych. To wlasnie oni po raz pierwszy zaspiewali hymn Hondurasu na trzy glosy. Kiedy Rafaél sluzyl ojczyznie swoim talentem muzycznym, Orfilia (w wieku mniej wiecej 20 lat) dostala propozycje pracy w Orkiestrze Ameryki Centralnej w Kostaryce jako pianistka i tam spedzila cztery lata. Pozniej wrocila do Hondurasu i otrzymala stypendium, aby studiowac muzyke za granica. Pierwsze 4 lata spedzila w Paryzu, gdzie po raz pierwszy w zyciu uslyszala (z ust jednego z nauczycieli) ze nie potrafi grac na pianinie. Oczywiscie mialo to do czynienia z brakiem warsztatu – dzis z usmiechem wspomina jak wielki byl to bol dla jej dumy. Po Francji pojechala na 4 lata do Madrytu i tam tez studiowala muzyke i podobnie jak w Paryzu, otaczala sie ludzmi kultury i sztuki, czego pozniej bardzo jej brakowalo w Hondurasie. Czas spedzony w Francji i Hiszpanii wspomina jako najpiekniejszy czas w swoim zyciu, choc dodaje, ze musiala sie zderzyc ze srodowiskiem pelnym egoizmu i zazdrosci. 

 

 

Do Hondurasu wrocila w wieku 35 lat z bogatym doswiadczeniem, wielkimi aspiracjami muzycznymi i malym synem, ktorego wychowywala samotnie. Chciala zaaplikowac w Hondurasie to, czego nauczyla sie w Europie, chciala podzielic sie ze swoja patria tym nabytym bogactwem. Nie bylo to jednak takie latwe. Rzad nadal nie wspieral sztuki, a w kraju nie bylo dobrych pianin, „prawie w ogole nie bylo pianin” – dodala Orfilia. 

Zaczela jednak prace jako dyrektor w szkole muzycznej, ktora zalozyl jej ojciec i sluzyla w niej przez trzydziesci szesc lat. Uczyla w niej przede wszystkim spiewu i czytania nut. Jednym z jej uczniow byl obecny Kardynal Hondurasu Óscar Andrés Rodriguez. Orfilia wspominala, ze nawet jezeli dzieci mialy talent muzyczny, rodzice nigdy nie wspolpracowali, aby talent ten rozwijac, co bardzo ograniczalo jej mozliwosci. 

Orfilia kocha muzyke. Kiedy Maki zapytala ja: „Dlaczego nie odebralas telefonu, kiedy do ciebie dzwonilam?”, odpowiedziala: „A bo ja wiem, nie slyszalam. Pewnie gralam na pianinie albo sluchalam muzyki. Wlasciwie tylko to robie”. Kiedy zapytalam ja, co czuje, kiedy gra koncert, odpowiedziala: „Mam ochote plakac. Uwielbiam jak ludzie mnie oklaskuja kiedy wchodze na scene, ale ja gram dla Boga”.

Muzyka to cale zycie Orfilii. Zobaczylam to na wlasne oczy, kiedy podczas mojej pierwszej wizyty w jej domu poprosilam ja o zagranie czegos na pianinie. Orfilia byla tego dnia bardzo przygaszona i nie chciala nic zagrac, tlumaczac sie, ze jej pianino nie gra tak jak powinno, ze wymaga restauracji. Po kilku chwilach dala sie jednak przekonac i zaszczycila mnie swoim talentem. Kiedy usiadla do pianina, jej wyprostowana sylwetka i uniesiona glowa odjely jej jakies dwadziescia lat. Zagrala kilka dziel Chopina, ktorego uwielbia. Jej palce, ktore ledwie sa w stanie wybrac numer w telefonie, teraz nadwaly granemu utworowi radosny rytm.  Jej wzrok, mimo ze utkwiony w klawisze, sprawial wrazenie widziec cos wiecej, cos, co dla mnie bylo nieosiagalne. Kiedy Orfilia po kilku minutach oderwala palce od pianina, spojrzala na mnie i z niesmialym usmiechem zapytala „podobalo ci sie?”. Wzruszenie, ktore odczytala z mojej twarzy napelnilo ja taka radoscia, ze odwrocila sie ponownie w strone pianina i kontynuowala koncert. I mimo, ze jej oczy nadal wydawaly sie byc nieobecne, uniesione kaciki jej ust zdradzaly szczescie, ktore wypelnialo jej dusze.

Talent, jest wspanialym darem od Boga, ale jest cos warty tylko wtedy, kiedy mozemy sie nim podzielic. Tyle mowi sie, ze w relacji z drugim czlowiekiem bardzo wazne jest sluchanie. Tak przyjemnie jest byc sluchaczem Orfilii, ktora komunikuje sie ze swiatem za pomoca muzyki. Dom Orfilii to historia wypisana nutami: dwa fortepiany, pianino, partytury jej ojca, dyplomy, zdjecia, autografy slynnych muzykow, plyty winylowe... Jest swiadoma swojego wieku i tego, ze pewnego dnia bedzie musiala odejsc z tego swiata. Ona nie skarzy sie na zadne choroby, na zadne bole, na problemy finansowe, z ktorymi sie boryka. Jedyne, czym sie martwi to to, ze cale to bogactwo muzyczne, ktore ukryte jest w jej domu wyladuje na smietnisku.

Cztery lata temu jej syn zmarl na raka zoladka, co bardzo przezyla. Byl jej towarzyszem w zyciu i w muzyce. W wyniku zamieszania uroczystosciami pogrzebowymi jej syna, czesc ich dobytku muzycznego przez przypadek dostala sie w niepowolane rece i wyladowala na targu z rzeczami uzywanymi. Kiedy Orfilia sie o tym dowiedziala bylo juz za pozno i nie udalo sie jej odzyskac utraconych plyt, ksiazek i innych cennych drobiazgow. Niektore z nich nalezaly jeszcze do jej ojca. Orfilia wspomina to wydarzenie z ogromnym zalem i smutkiem, poniewaz ktos sprzedal za kilka zlotowek to, co bylo jej zyciem. Pianistka martwi sie, ze wszystko co w zyciu osiagnela, ze wszystko o co walczyla ona i jej ojciec, po jej smierci odejdzie w zapomnienie.

 W Hondurasie nie ma muzeum muzyki i mimo, iz slowo „sztuka” pada z ust mlodych ludzi duzo czesciej niz podczas mlodosci Orfilii, nie ma miejsca, w ktorym moznaby uczcic pamiec tego slynnego muzyka, ktory tyle walczyl, aby w honduraskiej spolecznosci muzyka zostala uznana za wartosciowa i piekna. Jest to szczegolnie trudne w dzisiejszej kulturze reagetonu, ktory sprzedaje podmiotowe postrzeganie osob, zwiazki bez zobowiazan, a zycie jako okazje do zabawy.

Orfilia nie pragnie slawy, nie boi sie ze jej imie rozplynie sie w powietrzu. Ona wie, ze jej dlonie i jej talent sa tylko instrumentem czegos wiekszego: muzyki. Chce podzielic sie ze swiatem czyms, co jest dla niej najcenniejsze. Czy Honduras bedzie chcial ten dar przyjac? 

Na pozegnanie musialam jej obiecac, ze po powrocie do Polski odwiedze dom Fryderyka Chopina w Zelazowej Woli, gdyz Orfilia nie mogla uwierzyc, ze mieszkam w Polsce i nie znam jego muzeum. „Ile ja bym dala, zeby pojechac do Zelazowej Woli2...”

 

Artykuł po francusku na naszym blogu: http://terredecompassion.com/2018/04/25/orfilia-coello-ramos-pour-le-pays-pour-la-musique/