25 lat Domu Serca w Senegalu!

Dodano

Dom Serca w Senegalu świętuje 25 lat

Mariella Escurra-Sanz brała udział w założeniu Domu Serca w Dakarze w 1993r. Z okazji 25-lecia tego dzisiaj obchodzonego wydarzenia dzieli się z nami swim świadectwem.


Film z 25 lecia Domu Serca w Senegalu - https://youtu.be/b-a5N-uO5OI



Możesz nam opowiedzieć o założeniu Domu Serca?

W lutym 1993r. Luis Silva Dos Santos (Brazylijczyk), Jorge Meneses (Kolumbijczyk), Odile Dutailly (Francuska) i ja Mariella Escurra Sanz (Peruwianka) znaleźliśmy się we Francji na czas przygotowania: by się poznać, zgłębić kulturę, język…

Mam piękne wspomnienie z przyjazdu, Dakar widziany z nieba, jego piaszczyste ulice, meczety na każdym rogu ulicy i przede wszystkim żywe kolory na afrykańskich ubraniach. Przyjęły nas Siostry św. Tomasza z Villeneuve i to one pomogły nam przy instalacji nawiązując pierwszy kontakt z Parafią św. Pawła w Grand Yoff. Dzięki nim znaleźliśmy dom w Cité Millionnaire by tam założyć Dom Serca św. Moniki.

Od pierwszych dni przyjmowaliśmy odwiedzających nas sąsiadów, pewne kobiety z dzielnicy nas adoptowały. Zostaliśmy również pięknie przyjęci przez parafię. Ta fundacja była czymś dziwnym, nowym doświadczeniem. Trzeba więc było nam spędzić wiele czasu by wyjaśnić naszą misję i charyzmat, którym chcieliśmy żyć.

Równocześnie musieliśmy rozeznać jak żyć w środowisku muzułmańskim, odnoszącym się z wielkim szacunkiem do naszej wiary. My sami uważaliśmy, by nasza obecność nie była oceniana jako prozelityzm. Ostatecznie bardzo szybko zostaliśmy zaakceptowani dzięki otwartości i gościnności senegalskiej: la Teranga!

 




Miałabyś jakąś anegdotę nam do opowiedzenia?

Przypominam sobie wiele dzieci chcących się z nami bawić na ulicy i to dzięki nim pomału zaczęliśmy przychodzić do ich domów by poznawać ich rodziny. Badou, bardzo bystry i inteligentny 8 letni chłopak jest jednym z nich. Jego francuski był tak samo podstawowy jak mój, zatem bardzo dobrze się ze sobą rozumieliśmy. Był dla mnie prawdziwym kompanem. Dziś jest on oficerem w armii w Senegalu i z radością wspomina popołudnia w domu gdzie przychodził się bawić lub rysować...

Młodzież z parafii była również poruszona naszym apostolatem w ich dzielnicy. Przypominam sobie René który przychodził do domu dawać nam lekcje wolof.

Myślę, że właśnie w pierwszych miesiącach narodziła się trwająca aż do dziś przyjaźń z Fatou Bą.

 



Mogłabyś nam szczegółowo opowiedzieć to spotkanie?

Kiedy pewnego dnia szliśmy piaszczystymi ulicami dzielnicy Arafat, spotkaliśmy grupę kobiet, które nas zaprosiły by wypić z nimi herbatę. Byłam wtedy z Odile i nasz wolof był bardzo ubogi, ale mimo wszystko rozumiałyśmy kilka gestów. Pod koniec wizyty jedna z kobiet nas poprosiła o spotkanie z jedną młodą dziewczyną z jej rodziny. Weszłyśmy do drewnianej chatki. Była tam młoda dziewczyna w ciąży, Fatou Ba. Opowiedziała nam, że już ma kilkoro dzieci i chciałaby się dowiedzieć o możliwości aborcji. Była już w czwartym miesiącu ciąży.

Zaczęłyśmy ją regularnie odwiedzać prosząc zaufaną osobę by nam pomogła lepiej zrozumieć jej sytuację; aborcja w tych warunkach była szczególnie ryzykowna. Nasza wspólnota stała się dla niej prawdziwym oparciem duchowym i wsparciem w podjętych przez nią krokach medycznych. Zabieraliśmy ją na jej wizyty u ginekologa w przychodni i usiłowaliśmy pozwolić jej zmierzyć się ze swoją wolnością.

I w ten sposób urodził się Idir Issa. Przypominam sobie jak pewnego ranka o bardzo wczesnej porze ktoś po nas przyszedł, bo ona już zaczęła już rodzić. Kiedy dotarłyśmy na miejsce niemowlę leżało już na ziemi, całe brudne. Wraz z Odile mogłyśmy pomóc przecinając pępowinę i myjąc nowo narodzonego, bardzo ładnego młodego gościa. W drodze do przychodni nie przestawałyśmy się modlić za nią i jej decyzję, którą musiała podjąć, czy zachowa dziecko przy sobie. W końcu powiedziała wielkie «Tak!». W pierwsze dni pokazywałyśmy jej naszą radość naszymi ogromnymi uśmiechami. Spytałam Fatou By do kogo, do ojca czy do matki, było najbardziej podobne dziecko… Ona od razu odpowiedziała, że jej syn był podobny do każdego z nas, jej przyjaciół, przyjaciół dzieci.

Po 25 latach wciąż się zadziwia mnie jak Bóg mógł nam ofiarować tę przyjaźń i to, że mogliśmy być obecni w tym momencie.

 



Jaki ślad zostawiło to doświadczenie w Twoim życiu? Czy dzisiaj możesz nim jeszcze żyć?

Było to dla mnie niesamowite doświadczenie, gdzie język i kultura nie były przeszkodami ale objawiły, że najważniejsza jest obecność, szczególnie w najcięższych momentach. Odkrywa się, że jest się kochanym w sposób bardzo prosty i że mamy wartość w oczach drugiego, tak samo ten, który daje jak i ten, który otrzymuje.

Moje zaangażowanie trwało tylko jeden rok z powodu studiów, więc żyłam w sposób tak intensywny, że mam wrażenie przeżycia 10 lat w jednym, zarówno w życiu wspólnotowym jak i w apostolatach. Dziś po 25 latach mogę powiedzieć, że Bóg mi wynagrodził stokrotnie.

Dziś staram się być wierna temu doświadczeniu jako członek wspólnoty św. Maksymiliana Kolbego w Peru ale również i w mojej pracy w agencji pomocy społecznej, którą kierujemy z moimi rodzicami.

Na koniec muszę powiedzieć, że wszystko co przeżyłam zostało w moim sercu i dzielę się tym z radością: afrykańską radością i ci, którzy przeżyli podobne doświadczenie w Domu Serca św. Moniki będą bardzo dobrze wiedzieć co to znaczy.


Zebrane i przetłumaczone z hiszpańskiego na francuski przez G. de Laage.

 

 

Wszystkie zdjęcia z tego artykułu były zrobione w Domu Serca św. Moniki w Dakarze.

 

Kopiowanie i używanie bez wyraźnej zgody autora jest zabronione.

 

 

Teatr studencki, który stawia ważne pytania

Dodano

Nieco ponad rok temu wpadlem na pomysl zalozenia teatru studenckiego. Teatru, który bylby przestrzenia dla osob, dla ktorych teatr jest pasja, a nie wyuczonym zawodem. Chcialem jednak stworzyc rowniez miejsce zywej dyskusji i prawdziwych opinii. Nie zaoferowalem wiec tworzenia teatru klasycznego, gdzie odgrywa sie pewne,lepiej lub gorzej, znane role, z gory przyjetym scenariuszem i wyswiechtanymi prawdami. Chcialem, aby pokolenie dzisiejszych studnetow, dwudziestoparolatkow, ktorzy juz za chwile beda kreowac ten swiat, zyskalo miejsce na wypowiedzenie swojego zdania, wyrazenie swoich emocji i wykrzyczenie swoich lekow. W pracy nad spektaklem skupiamy sie wiec na improwizacjach i rozmowach, ktore doprowadzic nas maja do prawdy. Co ja naprawde mysle na ten temat. Jaka kwestia jest dla mnie wazna. Kogo podziwiam. Czego sie boje. Szukamy prawdy nawet jesli nie spodoba sie publicznosci. Szukamy prawdy w tworzonych scenach, nawet za cene ich wizualnego piekna. Nie jestesmy zalezni od zadnej instytucji, nikt nie moze nam niczego narzucic. To caly sens naszego teatru – pozwolic mowic wlasnymi slowami tym, ktorzy sa na scenie. Wychodzimy z zalozenia, ze prawda zawsze jest warta tego, zeby ja pokazac.

Nasz pierwszy spektakl nazywa sie „War is over?” i dotyczy tematu wojny, pojmowanego jednak jak najszerzej i obejmujacego rowniez nasze walki codzienne, ktore kazdy z nas toczy. Tytul spektaklu nawiazuje do slynnego hasla, ktore amerykanska mlodziez wykrzykiwala w sprzeciwie do toczacej sie wojny w Wietnamie. Wowczas wojna rzeczywiscie sie toczyla, a mlodziez krzyczala o jej koncu. Dzis jako Polska nie jestesmy zaangazowani w zadna wojne, ale wielu z nas ma poczucie, ze jestesmy w przededniu jej wybuchu. Jako zespol interesowalo nas czy dzis bylibysmy w stanie krzyczec „wojna sie skonczyla” w sposob rownie zdecydowany i czy pragnienie pokoju jest ciagle obecne w spoleczenstwie.

 

Czesto w pracy nad spektaklem pytalismy sie siebie „co by bylo gdyby dzis wybuchla wojna?”. W koncu dla nas – dzisiejszych dwudziestokilkolatkow – odpowiedz na to pytanie jest najwazniejsza. To my bowiem stanowilibysmy sile armii i powolani do niej zostalibysmy w pierwszej kolejnosci. To nasze zycie, ze wszystkimi planami i marzeniami, zostaloby przerwane w sposob najbardziej okrutny. Bylibysmy o krok od rozpoczecia pracy, zalozenia rodziny, posiadania dzieci... i ze wszystkiego trzeba by bylo zrezygnowac. Rozwazania nad tym zaprowadzily nas jednak znacznie dalej. Ile pobocznych konfliktow zrodzilby wybuch wojny! Ale przeciez juz teraz nalezy sobie odpowiedziec na te pytania, bo odpowiedz na nie wskaze nam, co jest dla nas najwazniejsze w zyciu. Czy uciekniemy czy zostaniemy w kraju? Czy jestem w stanie poniesc ofiare ze swojego zycia w imie obrony kraju lub rodziny? Co chronilbym w pierwszej kolejnosci? Czy zostanie bohaterem wojennym rzeczywiscie jest najwiekszym honorem jaki moze mnie w zyciu spotkac? Czy jestem gotowy na zmiane mojego wygodnego zycia? Na te pytania nie ma jednej odpowiedzi. Kazdy ocenia sam. Te wolnosc opinii chcielismy w naszym spektaklu zachowac. Nie udzielamy odpowiedzi, ty widzu ocen sam.

W trakcie pracy zrozumielismy tez, ze nie sposob ocenic zachowania poszczegolnych ludzi. Nie mozemy bawic sie w sad, zycie ludzkie jest zbyt skomplikowane by je mierzyc tasma miernicza. Ten jest tchorzem, ten bohaterem, ten nieudacznikiem... To etykietki, ktore nie wyrazaja prawdy. Czy ktos kto ucieka z kraju ogarnietego wojna, aby ratowac swoja rodzine, moze byc nazwany tchorzem? A ktos kto pozwala uciec wrogowi zamiast go zabic staje sie zdrajca?  

 

Szukalismy przyczyn toczenia sie wojen. Jasne – to kwestia polityki, to w gruncie rzeczy pewnego rodzaju prowadzenie dyskusji miedzy panstwami, tylko ze przy uzyciu sily, bo brak innych argumentow. Ale przeciez nikt z nas nie identyfikuje sie z decyzjami politykow. Zrozumielismy jak bardzo wartosciowy jest pokoj i jak bardzo przeraza nas wizja jego utraty. Troche pozniej zauwazylismy, ze pragnienie to obejmuje takze odnalezienie pokoju wewnetrznego, odnalezienie zgody na sytuacje, ktore nas spotykaja, rozstrzygniecia walk, ktore tocza sie w nas samych. Pragniemy znalezc odpowiedzi na pytania dla nas najwazniejsze i zyc w zgodzie z otaczajacym nas swiatem.

 

Zawsze w trakcie dyskusji podczas prob dochodzilo do zderzenia pojec: interes panstwa – czlowiek, ekonomia – czlowiek, terytorium – czlowiek. Coz moze byc wazniejszego od zycia czlowieka? Panstwo? Rodzina? Honor? Moze bylibysmy w stanie za to ginac, ale nikt nie bylby w stanie w imie tego zabijac.

 

Te wszystkie sprzecznosci chcielismy ukazac poprzez ruch i slowa klucze. Skonfrontowac codziennosc z brutalnoscia wojny. Nasz indywidualizm, ktory mozemy manifestowac na codzien i generalizacje z jaka wiaze sie wojna. Duza wage przywiazywalismy do ruchu, a slowa ograniczylismy do minimum, aby nie wpasc w pulapke wielkich slow. Chcielismy ujac cos co mozna poczuc, ale nie da sie wyjasnic za pomoca slow. Wszyscy bowiem czujemy, ze zycie kazdego czlowieka ma unikatowa wartosc, ale jak to wytlumaczyc w zderzeniu z argumentami politycznymi, ekonomicznymi i spolecznymi?

Praca bez scenariusza i z gory przyjetej tezy pozwolila nam poszukiwac inspiracji w wielu obszarach. I tak poszukiwalismy podpowiedzi od wierszow Adama Mickiewicza poczawszy, przez muzyke Kraftwerk, po proze Charlesa Bukowskiego. Kazdy z nas poszukiwal w innej epoce, innym stylu... Chcielismy bowiem, zgodnie z naszym wewnetrznym poczuciem, wyjsc poza przyjety w Polsce kanon lektur i sposob myslenia o wojnie. Jestesmy pokoleniem, ktore znudzilo sie latwymi odpowiedziami i prostymi schematami. Musielismy sprawdzic co o wojnie pisali Francuzi, Amerykanie, Niemcy czy Japonczycy. Argumenty za wojna znalezlismy rozne, przeciwko tylko jeden – wartosc i godnosc zycia pojedynczego czlowieka.

 

Niesamowitym doswiadczeniem bylo dla mnie obserwowac jak zmienia sie nasze podejscie do tematu wojny. Jak w kazdej rozmowie idziemy o jeden krok dalej. Zaczynajac od skojarzen najbardziej oczywistych, konczac na rozmowach o walce dobra ze zlem, ktora toczy sie na codzien w nas samych. Doszlismy do wniosku, ze nie ma sensu zasypywac widzow statystykami czy ogolnymi stwierdzeniami o okrucienstwie wojny. Nie ma tez sensu epatowac okrucienstwem wojny. Jesli chcielismy cokolwiek o wojnie powiedziec, musielismy pokazac konkretna historie konkretnego czlowieka, znanego nam z imienia i nazwiska. To wielkie odkrycie pracy nad tym spektaklem – odnalezienie wartosci i wagi pojedynczego ludzkiego zycia, ktore powie nam o swiecie wiecej niz wszystkie statystyki i teorie razem wziete.

Ale owocem naszej pracy nie byla tylko zmiana myslenia czy uwrazliwienie na pewne sprawy. Efektem naszej pracy, chyba najbardziej wartosciowym, byla stworzona miedzy nami przyjazn. Nasz Teatr przestal byc jedynie „miejscem pracy”, a stal sie miejscem spotkania czlowieka z czlowiekiem. Niezwykly byl moment, gdy zaczelismy przychodzic na proby nie tylko, aby cwiczyc, ale zeby po prostu spedzic czas we wspolnym gronie przyjaciol.

 

Gdy skonczyl sie spektakl za najwiekszy komplement uznawalismy stwierdzenie „duzo myslalem na temat wojny, po tym co zobaczylem”. Oznaczalo to bowiem, ze dotarlismy ze swoim przekazem do konkretnego czlowieka i sklonilismy go do myslenia. A takich reakcji bylo wiele. Pozniej duzo czasu spedzilismy w kuluarach rozmawiajac z publicznoscia. I w tym wlasnie odnajdywalem sens naszej pracy – w reakcji ludzi.   

 

                                                                                          Rafał Bilicki, wolontariusz na misji w Chile

 

 

Skoki Narciarskie- sport pełen pasji

Dodano

Wyobraź sobie, że stoisz na szczycie góry, zakładasz narty, pochylasz się do przodu i ruszasz, zjeżdżasz prosto w dół, w odpowiednim momencie na pełnej szybkości wybijasz się w powietrze, lecisz, lecisz aż do podnóża góry, gdzie lądujesz.

 

Tak  w skrócie wygląda sport, jakim są skoki narciarskie. Polscy skoczkowie narciarscy oceniani w locie punktujący za najdalsze skoki robiący to w najlepszym stylu, wygrywający liczne konkursy w pucharze świata są zimowymi bohaterami z których dumny jest cały kraj. Dlaczego? Trudno odpowiedzieć na to pytanie… może dlatego, że są uosobieniem wolności, a w powietrzu zdają się być niczym orły wzbijające się w przestworza. A może z powodu odwagi, bo czy ktoś z nas odważyłby się na podobne szaleństwo? Fenomen skoków narciarskich to połączenie właśnie tych cech: wolności, odwagi, hartu ducha, wytrwałości, a przede wszystkim skromności, jaką odznaczają się polscy skoczkowie. Ich obecny lider Kamil Stoch- zwycięzca licznych konkursów, jeden z najbardziej utytułowanych skoczków na świecie jest zarazem ostoją spokoju i rozwagi, a do tego człowiekiem pełnym wiary, a co najważniejsze nie bojącym się jej okazywać publicznie. Na gali sportowca roku 2017 w Polsce zapytany komu chciałby podziękować, w pierwszej kolejności na pierwszym miejscu wymienia Boga, jako tego, któremu jest wdzięczny za wszystko. Powtórzył to niejednokrotnie, ostatnio po zdobyciu olimpijskiego złota w Pjonczjangu.

 

 

Turniej skoków rozgrywany w polskim Zakopanym jest prawdziwym świętem sportu. Na dwa dni w połowie stycznia tysiące ludzi ubranych w barwy narodowe Polski tj. kolory biały i czerwony przyjeżdżają do stolicy Tatr (polskich gór) podziwiać i kibicować skoczkom narciarskim nie tylko swoim, ale także innych narodowości, bo wszystkim z nich należy się szacunek za trud i niezwykłość uprawianego sportu. Podczas zawodów atmosfera jest prawdziwie szampańska, a imiona i nazwiska zawodników znają wszyscy w Polsce ( także skoczków innych narodowości). Wspaniałość tego czasu, charakteryzuje się odstawieniem wszystkich sporów politycznych i poglądowych na bok. Najważniejsze są skoki. W tym czasie całe rodziny, wszystkie pokolenia dopingują swoich ulubieńców, począwszy od ojca i syna, a skończywszy na dziadku i wnuczku.

 

 

Piękno skoków polega też na ich uniwersalnym motywie. Wygrywa najlepiej i najdalej skaczący w najlepszym stylu, ale zawsze odnoszący się z szacunkiem do swoich przeciwników doceniający trud rywalizcji. Fenomen skoków narciarskich w Polsce ma długą tradycję sięgającą olimpiady zimowej w Sapporo gdzie w 1972 roku Wojciech Fortuna zdobywa pierwszy zimowy złoty medal w tej dziedzinie. Prawdziwe szaleństwo bo tak można to nazwać rozpoczyna się w roku 2000 wraz z nastaniem epoki Adama Małysza przesympatycznego człowieka który zostaje światową sławą tego sportu. To on zapoczątkował wielki zapał i uwielbienie Polaków do skoków narciarskich a czas ten zyskał miano „Małyszomani” od zawodnika którego znał każdy mieszkaniec od Bałtyku po Tatry. Mały wzrostem a wielki duchem tak można podsumować jego osobowość która wiele lat ujmowała i przyciągała wszystkich uwagę. Jego zwycięstwa często o klasę pokonywał przeciwników by chwilę później w wywiadzie udzielanym mediom zapewniać że to nic nadzwyczajnego po prostu stara się robić to co kocha najlepiej jak potrafi. Gdy kończył karierę sportową Polską targały emocje, komentarze iż nic więcej w sporcie osiągnąć nie można a po odejściu mistrza nastanie wielka pustka. Kłam tym poglądom zadał młody sportowiec właśnie Kamil Stoch, który wyrastając na sławie swojego poprzednika i zaczynając przy nim skakać w reprezentacji Polski pokazał że w życiu rzeczy niemożliwych niema, a każde marzenie czy to sportowca czy kibica jest w stanie urzeczywistnić.  Zdobył dla Polski trzy złote medale olimpijskie co od czasu Wojciecha Fortuny nie udało się nikomu a będąc liderem drużyny wraz z nią sięgnął po olimpijski brąz.

 

 

Sport jest pełen pasji a wielcy skoczkowie wiedzą że tam w powietrzu dużo ryzykują, może nawet czasami czują że tam w powietrzu nie są sami. Historia jaką piszą skoki narciarskie jest pełna ludzi którzy muszą w swoim życiu mierzyć się z wieloma rzeczami, ale ten najważniejszy jest w nich samych, to charyzma, siła wewnętrzna pozwalająca na wielkie sukcesy jak i powstanie po niespodziewanej porażce.

 

Dlaczego skoki narciarskie to wyjątkowy sport dla Polaków?

Bo mamy dobrych skoczków odnoszą piękne zwycięstwa na światowych arenach?

Nie. Skoki są wyjątkowe bo tworzą niespotykaną więź. Relacje.

 

„Dwa tygodnie przed zimową olimpiadą, tydzień po pamiętnym wielkim zwycięstwie w Turnieju Czterech Skoczni Kamil Stoch staje na progu skoczni w Zakopanem przed własną publicznością w szczytowej formie, rozbudzony tłum wiwatuje, chce kolejnego zwycięstwa. Mistrz rozpoczyna zjazd, wybija się w powietrze i ląduje na zeskoku. Trzydziestotysięczny tłum milknie, zamiera, patrzy z niedowierzaniem. Bardzo słabo jeden z najgorszych skoków bez wątpienia. Mija kilka sekund, skoczek zatrzymuje się a kibice zaczynają wiwatować i dziękować mu że robi to dla nich. Niezapomniane. Upadający mistrz i podtrzymujący go na duchu tłum skandujący jego imię pomimo przegranej. To jest relacja sportowca i fanów, którzy rozumieją, że aby zwyciężać trzeba umieć także przegrać.

 

Dwa tygodnie później Kamil Stoch zdobywa złoty medal na dużej skoczni na olimpiadzie w Pjonczjangu.

 

                                                                                                              Piotr Turek

Peru, ziemia nadziei

Dodano

Tak podsumował swoją wizytę Papież Franciszek na mszy świętej kończącej jego pielgrzymkę do Peru, która się odbyła w dniach 18 – 21 stycznia. W tym czasie zaprosił Peruwiańczyków do ufności i nadziei, co trafiło do wielu serc.  Przygotowania i przyjęcie ze strony wszystkich były na miarę miłości jaką ma Peru dla naszego papieża. Miłość tak wielką jak dla papieża Jana Pawła II, którego dwie wizyty tak bardzo naznaczyły ten kraj.

 

By chronić kultury przed zunifikowanym światowym myśleniem

 

Przed przedstawicielami ludów Amazonii, papież Franciszek uwielbił Pana za piękno Jego stworzenia. Animując ludność do ochrony przyrody, która jest im dana jako prezent, docenił też ich kulturę. Kultura, która nie powinna zostać zniszczona przez niektóre polityki międzynarodowe, chcące narzucić jeden tylko sposób myślenia, jeden porządek, promując prawa aborcyjne  i nie szanujące godności ludzkiej. Przedstawiciele ludów Amazonii wyrazili przed papieżem pragnienie aby móc ofiarować swoim dzieciom edukację, która szanuje ich tradycje, a papież przekazał te słowa prezydentowi Peru - Pedro Pablo Kuczyńskiemu podczas spotkania z nim.

 

Krzyż i nadzieja

 

Na północy Peru, w mieście Truhijo, które ucierpiało w wyniku lawin błotnych i powodzi w marcu 2017r., papież skierował spojrzenie na Jezusa na krzyżu, zapraszając nas do kontemplacji serca naszej wiary. Świadomy cierpienia mieszkańców wszystkich okolicznych regionów dotkniętych powodziami, mówię wam: „Jezus na krzyżu chce być blisko, każdej bolesnej sytuacji, by podać nam swoją dłoń i pomóc nam się podnieść. Ponieważ on wszedł w naszą historię, chciał podzielić naszą drogę i dotknąć naszych zranień. Nie mamy Boga, któremu nie są znane nasze uczucia, nasze cierpienie, przeciwnie, pośród bólu podaje nam swoją dłoń”. Papież był głęboko dotknięty solidarnością, jaka poruszyła całe Peru podczas fenomenu „Nino costero”. Możemy zauważyć jego spojrzenie nadziei w tych słowach: „Duszę wspólnoty mierzy się tym, jak potrafi zjednoczyć się, by stawić czoła momentom trudnym, przeciwnościom i zachować żywą nadzieję”.

 

Teraźniejszość zdolna do świętości jeśli pozostaje wierna swojej przeszłości

 

To wezwanie, które skierował papież do młodych podczas modlitwy Anioł Pański na Plaza de Armas (w centrum miasta) i na ostatniej mszy świętej w lotniczej bazie wojskowej Las Palmas: „w momentach trudnych nie zapominajcie, że Jezus jest przy nas”. Nasz papież nie widzi młodych Peruwiańczyków w przyszłości kraju, ale w teraźniejszości, teraźniejszości zdolnej do świętości jeśli odda się prowadzeniu przez Chrystusa – na podobieństwo świętych, którzy naznaczyli ziemię Peru – jeśli pozostanie wierna swojej przeszłości. Potem, denuncjując „globalizację obojętności” jak to często lubi robić, papież Franciszek zachęca młodych by mieli serce współczujące, używając słów swojego poprzednika papieża Benedykta XVI: „wielkość ludzkości jest zdeterminowana w swojej esencji przez jej relację z cierpieniem i z tym, który cierpi. […] Społeczeństwo, które nie jest zdolne zaakceptować tych, którzy cierpią i nie potrafi przyczynić się poprzez współczucie, by cierpienie stało się współdzielone i przezwyciężane wewnętrznie, to społeczność okrutna i nieludzka”. (Enciclica Spe Salvi)

 

Głosić Innego

 

Także osoby konsekrowane są kwestionowane przez papieża. Zachęca ich by uświadomili sobie, że są przed Panem. Papież potępia aktywizm pasterski, który nadal spotyka zbyt często w parafiach i który dla niego wygląda na jeden ze sposobów uważania się za Chrystusa. Jak św. Jan Chrzciciel, osoby konsekrowane powinny pozostać na swoim miejscu: „Jan pokazuje świadomość bycia uczniem, który wie, że nie jest i nigdy nie będzie Mesjaszem, lecz prostą osobą zaproszoną do głoszenia, że ​​Pan wchodzi w życie jego ludu”. Kapłan głosi Innego, zostawia miejsce Bogu i nie powinien szukać sukcesu swoich działań, nawet sukcesu swojej misji. Potem, z radością i prostotą, powinien uświadomić sobie wezwanie, które otrzymał, by oddać wszystko. To wezwanie popycha kapłana by kochać swoim wnętrzem, jak Chrystus, a nie jak faryzeusze i uczeni w piśmie, którzy szukali swojej własnej chwały. Siostry zakonne papież przestrzega przed pokusą krytykanctwa, która krok po kroku niszczy wspólnotę. Zaprasza by pamiętały, że są ukochanymi córkami Ojca. Biskupom doradza, aby byli blisko swoich kapłanów, aby poświęcili czas na poznanie ich jako kapłanów pośród owiec.

Wizyta papieża w Peru przebiegła bardzo szybko. Konieczne jest poświęcenie czasu na ponowne przeczytanie różnych tekstów, które składają się na jego przesłanie, w celu przywrócenia głębi, jasności i prostoty pobytu Papieża w Peru. Jesteśmy daleko od sloganów i cytatów, które z łatwością przekazują media. Wchodzimy w jego myśl, jego troskę o zachęcanie, doradzanie, a przede wszystkim o umieszczenie Chrystusa w centrum naszego życia..

 

Artykuł oryginalny w języku francuskim: 

http://terredecompassion.com/2018/01/27/le-perou-une-terre-desperance/ 

Tłumaczenie: Andrzej Waśko, wolontariusz w Peru