Ojczyzna przejściowa

Dodano

autor: Maria Borkowska

 

Tego roku takie słowa jak "ojczyzna" i "niepodległość" wybrzmiewają szczególnie często w polskiej przestrzeni publicznej.

 

Trwające obchody setnej rocznicy odzyskania wolności przez kraj, który na ponad 120 lat pogrążył się w państwowym niebycie, zmuszają do zastanowienia się nad prawdziwą wartością tych właśnie pojęć. Jakie mogą mieć one znaczenie w zglobalizowanym świecie, który, zwłaszcza w swym europejskim "dominium" rozmywa granice różnic narodowych? W Polsce, po latach lękliwego milczenia nad tematem miłości do ojczyzny, w pewnych kręgach zapanowała moda na patriotyzm, a w inych znowu dało znać o sobie jego zdeformowane oblicze zwane nacjonalizmem.

 

Tymczasem czym jest prawdziwy patriotyzm?

 

Nie ten oparty na przelotnym trendzie, kontrze, czy też pierwotnym instynkcie, ale ten, który może zasiewać w serca ludzi odwagę uzdalniającą do poświęcenia życia dla ojczyzny. Istotne jest tutaj użycie właśnie słowa "ojczyzna", bo ona, a nie twór państwowy, stanowi fundament patriotyzmu. Tę prawdę doskonale ilustruje historia Polski, która na długi czas została starta z mapy świata, naród został poddany depolonizacji, a elita zmuszona była szukać schronienia u innych narodów. Mamy tu do czynienia z sytuacją, kiedy nie można już mówić o istnieniu państwa, ale, paradoksalnie, kiedy ojczyzna zaczyna świecić blaskiem jaśniejszym i szlachtniejszym niż kiedykolwiek. Jest to czas, kiedy przebudzili się najwięksi bohaterowie narodu i kiedy zakrwawiona ziemia wydała najpiękniejsze owoce sztuki. Czas zaboru stał się czasem rozkwitu polskości i patriotyzmu – tej tajemniczej miłości do ojczyzny.

 

Jak pisze Święty Jan Paweł II "patriotyzm oznacza umiłowanie tego, co ojczyste: umiłowanie historii, tradycji, języka, czy samego krajobrazu ojczystego." (1) Jednak patriotyzm nie jest oparty jedynie na imponderabiliach, a tym bardziej nie na sentymentach. Jak dalej rozważa Papież "w obrębie pojęcia <<ojczyzna>> zawiera się jakieś głebokie sprzężenie pomiędzy tym, co duchowe, a tym, co materialne, pomiędzy kulturą a ziemią". (2) Dlatego miłość do ojczyzny może ośmielić ducha narodu do walki o przywrócenie odebranego dziedzictwa.  Dla Świętego Jana Pawła II pojęcie "ojczyzna" jest ściśle powiązana z relacją Syna i Ojca, którą Chrystus przez wcielenie, śmierć i zmartwychwstanie, przeniósł na relację ludzkość – Ojciec. "Odejście Chrystusa otwarło pojęcie ojczyzny w kierunku eschatologii i wieczności (...), a "inspiracja wiecznej ojczyzny zrodziła gotowość służenia ojczyźnie doczesnej." (3) Historia narodów zostaje powiązana w rozważaniach Papieża z historią zbawienia. (4) Ujmowana w tej perspektywie ojczyzna doczesna zostaje nam zadana, jako droga prowadząca do ojczyzny wiecznej. W ten sposób patriotyzm nie jest już dłużej wstydliwie skrywanym uczuciem, lekko ośmielanym przy okazji narodowych świąt, ale staje się autentyczną postawą zakorzenioną w chrześcijańskiej koncepcji odkupienia.

 

1 Jan Paweł II, Pamięć i tożsamość,  Kraków 2005, s. 71.

2 Ibidem,  s 67.

3 Ibidem,  s. 69.

4 Cf. ibidem,  s. 76.

                                                                                                        

Artykuł na blogu:   http://terredecompassion.com/2018/07/18/anniversaire-de-la-pologne-redecouvrir-le-bien-fonde-du-patriotisme/

Muzyka sakralna w Hawanie

Dodano

Festiwal muzyki sakralnej w Hawanie.

"Zapomniana, nieznana również  samym Kubańczykom."

 

Na początku marca w Hawanie odbył się tydzień muzyki kościelnej (musica sacra). Wspolnie z goscmi z Polski, Niemiec i Hiszpanii wsluchiwalismy sie miedzy innymi w muzyke organowa, chory dzieciece i doroslych, utwory prezentowane przez nieprzecietna grupe kontratenorow. Nie jestem znawcą muzyki, jednak mogę bez wahania stwierdzić, ze te koncerty to nie było tylko wydarzenie artystyczne.

Wszystkie utwory były wykonywane przez kubańskich, młodych artystów, których życie nie należny do najłatwiejszych. Szczególnie poruszający był dla mnie koncert przygotowany przez grupę młodych ludzi ( Ars Nova) którzy zaprezentowali pieśni, muzykę wykonywana w czasie Triduum Paschalnego w XIX wieku w kubańskich miastach o najstarszych i głębokich tradycjach chrześcijańskich ( Trinidad, Santa Clara, Remedios).

 

Członkowie grupy muzyków ciężko pracowali przeglądając archiwa parafialne w poszukiwaniu zapomnianych utworów muzycznych, informacji o ówczesnych tradycjach i  celebrowaniu Świąt Zmartwychwstania Pańskiego  W tym okresie przygotowywano procesje, cale miasta trwało w swoistej ciszy, pogrążone w rozmyślaniu Zycie mieszkańców było podporządkowane obchodom tajemnic Meki i Zmartwychwstania Chrystusa.

To rzeczywistość bardzo daleka od wspolczenych tendencji. Zapomniana, nieznana również  samym Kubańczykom.

Zadawałam sobie pytanie, co skłoniło muzyków (nie wszyscy są katolikami) do zaprezentowania tego właśnie repertuaru i to z takim przejęciem i zaangażowaniem?

Przypominam sobie chłopaka, ( niepozorny młodzieniec, z dredami… ) który niosąc krzyż  na przedzie procesji przez kościół, gdzie odbywał się koncert, śpiewał MISERERE. I wrażenie, które zrobił na słuchaczach Jak zauważyła S. Maria z mojej wspólnoty : » nie było żadnych braw, tylko pełna szacunku, głęboka, przejmująca cisza ».

Zachwyciło mnie w tym dniu bogactwo kultury, historii kubanczykow i ich pragnienie  obudzenia na nowo miłość do sztuki. Poruszyła mnie tez bardzo ewidentna tęsknota tych ludzi za poczuciem sensu, tęsknota za Chrystusem.

Po zakończonym koncercie wracałam do domu autobusem, jak zwykle zatłoczonym Niektórzy muzycy  również wracali tym samym autobusem. Godzinę wcześniej, poruszali serca słuchaczy dzięki swojej muzyce. Teraz, razem z innymi pasażerami, dzielą to samo życie, tłok, czasem brak cierpliwości, zniechęcenie. Ale ja wiem, patrząc na ich twarze,  że godzinę wcześniej przezywali oni i pozwalali nam przezywać coś głębokiego. Coś, co pozwala nam przypomnieć sobie o tym, kim jesteśmy, kim są Kubańczycy, o prawdziwej wartości i godności tego narodu.

 

Artykuł na blogu: http://terredecompassion.com/2018/05/09/musique-sacree-a-la-havane/

Orfilia Coello Ramos: dla kraju, dla muzyki

Dodano

 

-Dzień dobry Orfilio! Z tej strony Klaudia z Domów Serca. 

-Tak? – zapytała, jak gdyby nie wiedziała o kogo chodzi.

Pomyślałam: nie pamięta o naszym spotkaniu, o którym rozmawiałyśmy kilka dni wcześniej w domu naszej wspólnej przyjaciółki Maki, wiec postanowiłam jej streścić naszą poprzednią rozmowę.

-Widziałyśmy się w domu Maki w zeszłym tygodniu i...

-Przecież pamiętam moje dziecko. Mówiłas mi, ze chcesz porozmawiać ze mną o moim ojcu.

Pamięta! – Niesamowite! 103-letnia kobieta, która swoją pamięcią i błyskotliwością mogłaby zawstydzić wielu młodych ludzi.

 

 

Kiedy zobaczylam Orfilie po raz pierwszy, nie potrafilam uwierzyc, ze liczy 103 wiosny. Weszla do salonu w eleganckiej sukience i butach na obcasie. Miala nienagannie ulozone wlosy, delikatny makijaz i wielkie stylowe okulary z czerwonymi oprawkami. Weszla wolnym krokiem, jak prawdziwa dama.

Podczas rozmowy okazalo sie, ze Orfilia jest jedna z najpopularniejszych pianistek w Hondurasie i na dodatek jest corka slawnego muzyka i kompozytora Rafaela Coello Ramos.

Rafael urodzil sie w 1877 roku w Tegucigalpie i swoje pierwsze koncerty muzyczne grywal na gitarze w swoim pokoju pod lozkiem, jako ze jego mama zabraniala mu grywac, aby mogl sie skupic na nauce. Jego jedynymi nauczycielami byli jego ojciec Froylán Ramos i jego zmysl muzyczny, podarowany mu przez Boga. 

Jego pierwsza zona zmarla wydajac na swiat ich drugie dziecko. Po kilku latac ozenil sie ponownie i zostal ojcem trojki dzieci, w tym takze Orfilii. Starsza siostra Orfilii byla jego pierwsza nadzieja na przejecie jego zamilowania do muzyki, jednakze ta dziewiecioletnia dziewczynka niezbyt chetnie przysiadala do pianina. Przeciwnie Orfilia – skradala sie do salonu, aby moc przysluchiwac sie lekcjom gry na pianinie. Jednakze siedmioletniej dziewczynki nikt nie traktowal powaznie i odsylano ja do pokoju, aby uczyla sie pisac i czytac. Okazalo sie jednak, ze Orfilia – podobnie jak jej ojciec – zostala obdarzona nietuzinowym talentem muzycznym i juz w wieku dziewieciu lat towarzyszyla podczas koncertu pewnemu Niemieckiemu wiolonczeliscie (ktorego imienia niestety nie pamieta), grajac na pianinie. Byl to jej pierwszy koncert w Teatrze Narodowym w Tegucigalpie. Po tym koncercie matka tego wiolonczelisty, ktora pracowala w dyplomacji w Hondurasie zaproponowala Rafaelowi i jego zonie, aby wyslali swoja corke do Niemiec, aby tam mogla studiowac muzyke. Oni jednak przez wzglad na jej mlody wiek, nie wyrazili zgody. 

 

 

Rafael Coello byl fundadorem orkiestry “Verdi”, ktora uprzyjemniala uroczystosci oficjalne w domu prezydenckim za czasow kadencji generala Manuela Bonilli.  Zalozyl on takze `pierwsza i jedyna szkole muzyczna w Hondurasie, ktora istnieje do dzis.

„Uwielbialam patrzec na mojego ojca kiedy wchodzil na scene przy akompaniamencie glosnyc braw, aby dyrygowac. Bylam wtedy taka dumna” – opowiada nam Orfilia.

Historia zycia muzycznego Rafaela i Orfilii stale byla przeplatana watkami politycznymi Hondurasu. Ich praca jako muzykow byla zalezna od tego, kto w danym okresie piastowal stanowisko prezydenta. Podkreslila to Orfilia zapytana o to, kiedy zagrala swoj ostatni koncert. Odpowiedziala: „Nie wiem. Na prawde nie wiem ile lat temu to bylo, ale bylo to za kadencji prezydenta Maduro1, poniewaz wreczyl mi wyroznienie jako dla jednego z najwybitniejsych muzykow w kraju”. Jak sie pozniej dowiedzielismy, nie byl to jej ostatni koncert. Zagrala jeszcze kilka, ostatni cztery lata temu. Jej przyjaciel zdradzil nam, ze planuja zorganizowac kolejny koncert, co jest marzeniem Orfilii. 

Rafael byl nie tylko wielkim muzykiem, ale takze wielkim patriota. Jest kompozytorem wielu piesni narodowych (Himno a la Madre, Himno al Pino) a takze autorem ksiazki dla edukacji muzycznej w szkole podstawowej, ktora byla rewolucyjna w owych czasach. Wladze Hondurasu nie przywiazywaly bowiem duzej wagi do muzyki, jednak powoli ulegalo to zmianie. Kilka lat pozniej prezydentem Republiki Hondurasu zostal general Tiburcio Carías, ktory nie tylko nie wspieral kultury i sztuki w swojej ojczyznie, ale wrecz uniemozliwial jej byt. Rozwiazal orkiestre wojskowa i wycofal ksiazke Rafaela ze szkol podstawowych.

Mimo wszystko Rafael kontynuowal jako dyrygent orkiestry Verdi i komponowal. W 1950 roku zorganizowal „Chor Muzyki Dzieciecej”, w ktory zaangazanych bylo 500 uczniow szkoly podstawowych. To wlasnie oni po raz pierwszy zaspiewali hymn Hondurasu na trzy glosy. Kiedy Rafaél sluzyl ojczyznie swoim talentem muzycznym, Orfilia (w wieku mniej wiecej 20 lat) dostala propozycje pracy w Orkiestrze Ameryki Centralnej w Kostaryce jako pianistka i tam spedzila cztery lata. Pozniej wrocila do Hondurasu i otrzymala stypendium, aby studiowac muzyke za granica. Pierwsze 4 lata spedzila w Paryzu, gdzie po raz pierwszy w zyciu uslyszala (z ust jednego z nauczycieli) ze nie potrafi grac na pianinie. Oczywiscie mialo to do czynienia z brakiem warsztatu – dzis z usmiechem wspomina jak wielki byl to bol dla jej dumy. Po Francji pojechala na 4 lata do Madrytu i tam tez studiowala muzyke i podobnie jak w Paryzu, otaczala sie ludzmi kultury i sztuki, czego pozniej bardzo jej brakowalo w Hondurasie. Czas spedzony w Francji i Hiszpanii wspomina jako najpiekniejszy czas w swoim zyciu, choc dodaje, ze musiala sie zderzyc ze srodowiskiem pelnym egoizmu i zazdrosci. 

 

 

Do Hondurasu wrocila w wieku 35 lat z bogatym doswiadczeniem, wielkimi aspiracjami muzycznymi i malym synem, ktorego wychowywala samotnie. Chciala zaaplikowac w Hondurasie to, czego nauczyla sie w Europie, chciala podzielic sie ze swoja patria tym nabytym bogactwem. Nie bylo to jednak takie latwe. Rzad nadal nie wspieral sztuki, a w kraju nie bylo dobrych pianin, „prawie w ogole nie bylo pianin” – dodala Orfilia. 

Zaczela jednak prace jako dyrektor w szkole muzycznej, ktora zalozyl jej ojciec i sluzyla w niej przez trzydziesci szesc lat. Uczyla w niej przede wszystkim spiewu i czytania nut. Jednym z jej uczniow byl obecny Kardynal Hondurasu Óscar Andrés Rodriguez. Orfilia wspominala, ze nawet jezeli dzieci mialy talent muzyczny, rodzice nigdy nie wspolpracowali, aby talent ten rozwijac, co bardzo ograniczalo jej mozliwosci. 

Orfilia kocha muzyke. Kiedy Maki zapytala ja: „Dlaczego nie odebralas telefonu, kiedy do ciebie dzwonilam?”, odpowiedziala: „A bo ja wiem, nie slyszalam. Pewnie gralam na pianinie albo sluchalam muzyki. Wlasciwie tylko to robie”. Kiedy zapytalam ja, co czuje, kiedy gra koncert, odpowiedziala: „Mam ochote plakac. Uwielbiam jak ludzie mnie oklaskuja kiedy wchodze na scene, ale ja gram dla Boga”.

Muzyka to cale zycie Orfilii. Zobaczylam to na wlasne oczy, kiedy podczas mojej pierwszej wizyty w jej domu poprosilam ja o zagranie czegos na pianinie. Orfilia byla tego dnia bardzo przygaszona i nie chciala nic zagrac, tlumaczac sie, ze jej pianino nie gra tak jak powinno, ze wymaga restauracji. Po kilku chwilach dala sie jednak przekonac i zaszczycila mnie swoim talentem. Kiedy usiadla do pianina, jej wyprostowana sylwetka i uniesiona glowa odjely jej jakies dwadziescia lat. Zagrala kilka dziel Chopina, ktorego uwielbia. Jej palce, ktore ledwie sa w stanie wybrac numer w telefonie, teraz nadwaly granemu utworowi radosny rytm.  Jej wzrok, mimo ze utkwiony w klawisze, sprawial wrazenie widziec cos wiecej, cos, co dla mnie bylo nieosiagalne. Kiedy Orfilia po kilku minutach oderwala palce od pianina, spojrzala na mnie i z niesmialym usmiechem zapytala „podobalo ci sie?”. Wzruszenie, ktore odczytala z mojej twarzy napelnilo ja taka radoscia, ze odwrocila sie ponownie w strone pianina i kontynuowala koncert. I mimo, ze jej oczy nadal wydawaly sie byc nieobecne, uniesione kaciki jej ust zdradzaly szczescie, ktore wypelnialo jej dusze.

Talent, jest wspanialym darem od Boga, ale jest cos warty tylko wtedy, kiedy mozemy sie nim podzielic. Tyle mowi sie, ze w relacji z drugim czlowiekiem bardzo wazne jest sluchanie. Tak przyjemnie jest byc sluchaczem Orfilii, ktora komunikuje sie ze swiatem za pomoca muzyki. Dom Orfilii to historia wypisana nutami: dwa fortepiany, pianino, partytury jej ojca, dyplomy, zdjecia, autografy slynnych muzykow, plyty winylowe... Jest swiadoma swojego wieku i tego, ze pewnego dnia bedzie musiala odejsc z tego swiata. Ona nie skarzy sie na zadne choroby, na zadne bole, na problemy finansowe, z ktorymi sie boryka. Jedyne, czym sie martwi to to, ze cale to bogactwo muzyczne, ktore ukryte jest w jej domu wyladuje na smietnisku.

Cztery lata temu jej syn zmarl na raka zoladka, co bardzo przezyla. Byl jej towarzyszem w zyciu i w muzyce. W wyniku zamieszania uroczystosciami pogrzebowymi jej syna, czesc ich dobytku muzycznego przez przypadek dostala sie w niepowolane rece i wyladowala na targu z rzeczami uzywanymi. Kiedy Orfilia sie o tym dowiedziala bylo juz za pozno i nie udalo sie jej odzyskac utraconych plyt, ksiazek i innych cennych drobiazgow. Niektore z nich nalezaly jeszcze do jej ojca. Orfilia wspomina to wydarzenie z ogromnym zalem i smutkiem, poniewaz ktos sprzedal za kilka zlotowek to, co bylo jej zyciem. Pianistka martwi sie, ze wszystko co w zyciu osiagnela, ze wszystko o co walczyla ona i jej ojciec, po jej smierci odejdzie w zapomnienie.

 W Hondurasie nie ma muzeum muzyki i mimo, iz slowo „sztuka” pada z ust mlodych ludzi duzo czesciej niz podczas mlodosci Orfilii, nie ma miejsca, w ktorym moznaby uczcic pamiec tego slynnego muzyka, ktory tyle walczyl, aby w honduraskiej spolecznosci muzyka zostala uznana za wartosciowa i piekna. Jest to szczegolnie trudne w dzisiejszej kulturze reagetonu, ktory sprzedaje podmiotowe postrzeganie osob, zwiazki bez zobowiazan, a zycie jako okazje do zabawy.

Orfilia nie pragnie slawy, nie boi sie ze jej imie rozplynie sie w powietrzu. Ona wie, ze jej dlonie i jej talent sa tylko instrumentem czegos wiekszego: muzyki. Chce podzielic sie ze swiatem czyms, co jest dla niej najcenniejsze. Czy Honduras bedzie chcial ten dar przyjac? 

Na pozegnanie musialam jej obiecac, ze po powrocie do Polski odwiedze dom Fryderyka Chopina w Zelazowej Woli, gdyz Orfilia nie mogla uwierzyc, ze mieszkam w Polsce i nie znam jego muzeum. „Ile ja bym dala, zeby pojechac do Zelazowej Woli2...”

 

Artykuł po francusku na naszym blogu: http://terredecompassion.com/2018/04/25/orfilia-coello-ramos-pour-le-pays-pour-la-musique/

 

25 lat Domu Serca w Senegalu!

Dodano

Dom Serca w Senegalu świętuje 25 lat

Mariella Escurra-Sanz brała udział w założeniu Domu Serca w Dakarze w 1993r. Z okazji 25-lecia tego dzisiaj obchodzonego wydarzenia dzieli się z nami swim świadectwem.


Film z 25 lecia Domu Serca w Senegalu - https://youtu.be/b-a5N-uO5OI



Możesz nam opowiedzieć o założeniu Domu Serca?

W lutym 1993r. Luis Silva Dos Santos (Brazylijczyk), Jorge Meneses (Kolumbijczyk), Odile Dutailly (Francuska) i ja Mariella Escurra Sanz (Peruwianka) znaleźliśmy się we Francji na czas przygotowania: by się poznać, zgłębić kulturę, język…

Mam piękne wspomnienie z przyjazdu, Dakar widziany z nieba, jego piaszczyste ulice, meczety na każdym rogu ulicy i przede wszystkim żywe kolory na afrykańskich ubraniach. Przyjęły nas Siostry św. Tomasza z Villeneuve i to one pomogły nam przy instalacji nawiązując pierwszy kontakt z Parafią św. Pawła w Grand Yoff. Dzięki nim znaleźliśmy dom w Cité Millionnaire by tam założyć Dom Serca św. Moniki.

Od pierwszych dni przyjmowaliśmy odwiedzających nas sąsiadów, pewne kobiety z dzielnicy nas adoptowały. Zostaliśmy również pięknie przyjęci przez parafię. Ta fundacja była czymś dziwnym, nowym doświadczeniem. Trzeba więc było nam spędzić wiele czasu by wyjaśnić naszą misję i charyzmat, którym chcieliśmy żyć.

Równocześnie musieliśmy rozeznać jak żyć w środowisku muzułmańskim, odnoszącym się z wielkim szacunkiem do naszej wiary. My sami uważaliśmy, by nasza obecność nie była oceniana jako prozelityzm. Ostatecznie bardzo szybko zostaliśmy zaakceptowani dzięki otwartości i gościnności senegalskiej: la Teranga!

 




Miałabyś jakąś anegdotę nam do opowiedzenia?

Przypominam sobie wiele dzieci chcących się z nami bawić na ulicy i to dzięki nim pomału zaczęliśmy przychodzić do ich domów by poznawać ich rodziny. Badou, bardzo bystry i inteligentny 8 letni chłopak jest jednym z nich. Jego francuski był tak samo podstawowy jak mój, zatem bardzo dobrze się ze sobą rozumieliśmy. Był dla mnie prawdziwym kompanem. Dziś jest on oficerem w armii w Senegalu i z radością wspomina popołudnia w domu gdzie przychodził się bawić lub rysować...

Młodzież z parafii była również poruszona naszym apostolatem w ich dzielnicy. Przypominam sobie René który przychodził do domu dawać nam lekcje wolof.

Myślę, że właśnie w pierwszych miesiącach narodziła się trwająca aż do dziś przyjaźń z Fatou Bą.

 



Mogłabyś nam szczegółowo opowiedzieć to spotkanie?

Kiedy pewnego dnia szliśmy piaszczystymi ulicami dzielnicy Arafat, spotkaliśmy grupę kobiet, które nas zaprosiły by wypić z nimi herbatę. Byłam wtedy z Odile i nasz wolof był bardzo ubogi, ale mimo wszystko rozumiałyśmy kilka gestów. Pod koniec wizyty jedna z kobiet nas poprosiła o spotkanie z jedną młodą dziewczyną z jej rodziny. Weszłyśmy do drewnianej chatki. Była tam młoda dziewczyna w ciąży, Fatou Ba. Opowiedziała nam, że już ma kilkoro dzieci i chciałaby się dowiedzieć o możliwości aborcji. Była już w czwartym miesiącu ciąży.

Zaczęłyśmy ją regularnie odwiedzać prosząc zaufaną osobę by nam pomogła lepiej zrozumieć jej sytuację; aborcja w tych warunkach była szczególnie ryzykowna. Nasza wspólnota stała się dla niej prawdziwym oparciem duchowym i wsparciem w podjętych przez nią krokach medycznych. Zabieraliśmy ją na jej wizyty u ginekologa w przychodni i usiłowaliśmy pozwolić jej zmierzyć się ze swoją wolnością.

I w ten sposób urodził się Idir Issa. Przypominam sobie jak pewnego ranka o bardzo wczesnej porze ktoś po nas przyszedł, bo ona już zaczęła już rodzić. Kiedy dotarłyśmy na miejsce niemowlę leżało już na ziemi, całe brudne. Wraz z Odile mogłyśmy pomóc przecinając pępowinę i myjąc nowo narodzonego, bardzo ładnego młodego gościa. W drodze do przychodni nie przestawałyśmy się modlić za nią i jej decyzję, którą musiała podjąć, czy zachowa dziecko przy sobie. W końcu powiedziała wielkie «Tak!». W pierwsze dni pokazywałyśmy jej naszą radość naszymi ogromnymi uśmiechami. Spytałam Fatou By do kogo, do ojca czy do matki, było najbardziej podobne dziecko… Ona od razu odpowiedziała, że jej syn był podobny do każdego z nas, jej przyjaciół, przyjaciół dzieci.

Po 25 latach wciąż się zadziwia mnie jak Bóg mógł nam ofiarować tę przyjaźń i to, że mogliśmy być obecni w tym momencie.

 



Jaki ślad zostawiło to doświadczenie w Twoim życiu? Czy dzisiaj możesz nim jeszcze żyć?

Było to dla mnie niesamowite doświadczenie, gdzie język i kultura nie były przeszkodami ale objawiły, że najważniejsza jest obecność, szczególnie w najcięższych momentach. Odkrywa się, że jest się kochanym w sposób bardzo prosty i że mamy wartość w oczach drugiego, tak samo ten, który daje jak i ten, który otrzymuje.

Moje zaangażowanie trwało tylko jeden rok z powodu studiów, więc żyłam w sposób tak intensywny, że mam wrażenie przeżycia 10 lat w jednym, zarówno w życiu wspólnotowym jak i w apostolatach. Dziś po 25 latach mogę powiedzieć, że Bóg mi wynagrodził stokrotnie.

Dziś staram się być wierna temu doświadczeniu jako członek wspólnoty św. Maksymiliana Kolbego w Peru ale również i w mojej pracy w agencji pomocy społecznej, którą kierujemy z moimi rodzicami.

Na koniec muszę powiedzieć, że wszystko co przeżyłam zostało w moim sercu i dzielę się tym z radością: afrykańską radością i ci, którzy przeżyli podobne doświadczenie w Domu Serca św. Moniki będą bardzo dobrze wiedzieć co to znaczy.


Zebrane i przetłumaczone z hiszpańskiego na francuski przez G. de Laage.

 

 

Wszystkie zdjęcia z tego artykułu były zrobione w Domu Serca św. Moniki w Dakarze.

 

Kopiowanie i używanie bez wyraźnej zgody autora jest zabronione.