Współczucie w korporacjach

Dodano

Wywiad z Dominiką Dudkowską, która pracujowała w jednej z korporacji w Warszawie, obecnie na misji na Filipinach.

 

http://terredecompassion.com/2017/11/30/masseuse-en-entreprise-la-compassion-au-bureau/


TdC: Czy możesz się przedstawić?


Mam na imię Dominika, mam 27 lat, z zawodu jestem fizjoterapeutką. Przez
ostatni rok pracowałam jako masażystka biurowa. Codziennie przez 8 godzin
masowałam pacjentów z dużej korporacji. 


TdC: Jak tam trafiłaś?


Jestem magistrem fizjoterapii i ukończyłam jeden dodatkowy kurs. Szukając pracy znalazłam właśnie ogłoszenie o pracy jako masażystka biurowa. Na początku nie zbyt entuzjastycznie podchodziłam do tej pracy, nie widziałam sensu wykonywania masażu przez ubranie i w formie 15-minutowego spotkania. Mimo to, odpowiedziałam na tą ofertę pracy. Bardzo szybko dostałam odpowiedź pozytywną i przyjęłam tą pracę - mimo wcześniejszego nastawienia. Stwierdziłam, że po prostu spróbuję. W ten sposób dostałam się do dużej prestiżowej korporacji, pracowałam tam 4 dni w tygodniu po 8 godzin.


TdC: Jak postrzegasz swoją pracę?


Generalnie zawód fizjoterapeuty zakłada kontakt z drugim człowiekiem. To my spędzamy najwięcej czasu z pacjentem z całej służby zdrowia. Dla mnie moja praca jest nie tylko wykonaniem pewnych czynności, lecz jest czymś znacznie więcej ze względu na człowieka, którego spotykam. Relacja przyjaźni z moim pacjentem, to jest coś, co mnie najbardziej cieszy. Dla mnie każdy jest to spotkanie. Kiedy widzimy się dwa razy w miesiącu, po jakimś czasie zawiązuje się relacja, ludzie mają do mnie coraz większe zaufanie. Dzielą się ze mną bardzo osobistymi doświadczeniami. A ja pamiętam każdego z nich. Pozostają w moim sercu. Miałam też kilku pacjentów prywatnych, odwiedzałam ich w domu. Pamiętam świetnie każdego z nich. Regularny kontakt miałam z nimi i nie potrafiłam nigdy przejść obojętnie wobec ich problemów poza zdrowotnych. Były zawsze sytuacje zbliżenia się człowieka do człowieka. Poznawałam całe rodziny, życie, historie życiowe, przeżycia itp.  Bóg dał mi łaskę być przy nich i móc właśnie Bogu oddawać problemy, troski, cierpienie moich pacjentów. Nie przytłaczają mnie ich problemy i jednocześnie nie są mi obojętni. Niejednokrotnie długo myślę o nich i modlę się za nich. 

TdC : Jakie jest ogólnie zachowanie pacjentów?


W masażu biurowym jest to oddech od ciężkiej pracy. Pracują pod presją, w dużym stresie, a tutaj nie ma wymagań, jest tylko relaks. Niektórzy przychodzą na masaż właśnie żeby się wyciszyć, zebrać myśli, wypocząć. Niektórzy chcą też porozmawiać, wygadać się z tego co ich boli, co jest dla nich trudne, ale też czym się cieszą, na jakich wakacjach byli, albo rodzi im się dziecko. Często też są zaciekawieni moją pracą, moją osobą - w końcu stosunkowo dużo czasu ze sobą spędzamy. Pamiętam jak jeden pacjent, chłopak młodszy ode mnie, opowiedział mi o
swojej depresji. Bardzo mnie to wtedy uderzyło. Rozmawialiśmy wtedy o celu życia, o jego sensie. On powiedział mi, że życie nie ma sensu, jest od celu do celu, na poziomie doczesności. Jest duże odrzucenie wiary... Kilku pacjentów opowiadało mi o śmierci osoby bliskiej. Jeden z nich pamiętam, że opowiadał mi o wigilii w domu, o dziadku i że wyjątkowo w tym
roku przyjeżdża rodzina z Kanady by spędzić razem ten czas. Jakiś czas po świętach Bożego Narodzenia przyszedł znów do mnie ten pacjent i opowiedział mi o smutku z powodu śmierci swego dziadka. Wielu z nich radziło się mnie jaką mają podjąć decyzję w trudnej sytuacji. Znam ich pasje, wyjątkowe umiejętności, niejednokrotnie zabrali mnie w miejsce swoich wakacji (w opowieści). Tyle zaufania, cóś niesamowitego. Często czuje że nie zasłużyłam na to.


TdC : czy twoje zdanie jest praca w korporacji ciężka ?


Cierpienie w korporacji według mnie to przedmiotowe traktowanie drugiego człowieka, jako liczby w tabelce, wyników. Liczą się tylko wyniki. W niewielu zespołach zaobserwowałam rodzinną atmosferę, zaufanie, przyjaźń. Ludzie w korporacji w dużej części są w takim strasznym pędzie, nadgodziny w pracy nie są niczym dziwnym. A ja mogę towarzyszyć człowiekowi w bardzo trudnym środowisku, jako ktoś znający charakter tej pracy, jednak będący na zewnątrz, komu można się wygadać. Zawiązać relację. Za to kocham tą pracę.

TdC : A jak trafiłaś do DS?


Wkrótce po rozpoczęciu pracy, gdy rozmawiałam z pacjentką o marzeniach i podzieliłam się z nią tym, że chciałabym pojechać do Ameryki Południowej na misje. Asia (owa pacjentka) powiedziała mi, że właśnie wróciła z misji: była przez rok w Nowym Yorku z Domów Serca. Gdy opowiedziała mi o charyzmacie Domów Serca, okazało się, że realizuje się w nich pragnienie mojego serca. 

Po weekendzie informacyjnym odkryłam, że moją pasją jest współczucie. Właśnie to, dotąd nieświadomie, kocham. Obecność przy drugim człowieku, poznawanie go, słuchanie o jego przeżyciach w połączeniu z cierpieniem Chrystusa to moja misja.  Teraz wyjeżdżam na Filipiny by tam kochać Boga i ludzi.

Jestem szczęśliwa, żyjąc z Biednymi - List Magdaleny, Lima, październik 2017

Dodano

Wybaczcie mi ten poślizg w pisaniu. Nie zawsze łatwo jest znaleźć czas na misji, nie zawsze łatwo jest mi opisać to, co tu przeżywam.

 

W tym liście chcę podzielić się z Wami moją wielką radością z misji, chcę wyrazić, jak szczęśliwa jestem, żyjąc z Biednymi. Naprawdę nie mam pojęcia, jak odwdzięczę się Bogu za każdego spotkanego Biedaka. Jak podziękuję Mu, że to w Biednym właśnie ukrył najkrótszą drogę do Siebie? Jak zdołam odpowiedzieć na tę łaskę służenia Biednym? Jak zdołam odwdzięczyć się Mu za to, że każdego dnia pozwala mi towarzyszyć tym, którzy cierpią? Cokolwiek zrobię, nie zwrócę też tego „wdowiego grosza”, którym podzielili się ze mną moi Przyjaciele z dzielnicy, moi nauczyciele wolności.

 

Uwierzcie mi, że wcale nie chcę uciec od tej biedy. Co więcej, chcę zbliżyć się do niej maksymalnie, towarzyszyć, współczuć, dzielić ją, żyć jak moi Przyjaciele. Dziś wiem na pewno, że nigdy więcej nie chcę odwrócić wzroku od biednego, nie chcę odwrócić wzroku od Chrystusa. Chcę słyszeć, jak płacze, chcę poczuć, jaki jest samotny, jak cierpi. Chcę jak Maryja zbliżyć się do Jego krzyża i wytrwać pod nim aż do końca, aż do Zmartwychwstania. I mimo że boli mnie bieda, którą dzielę, to wierzę, że jest dotknięciem rany Chrystusa. A któż z nas nie chciałby dotknąć ran Zbawiciela? Każdy może, podając rękę biednemu. Jak wielki przywilej ukrył Bóg w Biedakach – samego siebie. Na wyciągniecie ręki! Niepojęte!

 

Czuję się szczególnie blisko Chrystusa, odwiedzając naszą Przyjaciółkę, Seniorę Luz. Od małego pracowała, opiekując się dziećmi, a potem sprzedając jedzenie na ulicy. Jej mąż miał wiele kobiet, przez lata nie było go w domu. Teraz już od 18 lat przykuty jest do łóżka z połowicznym paraliżem całego ciała, a ona opiekuje się nim każdego dnia. Każdego dnia przewija go, przebiera, karmi, mimo tego, że on nie zawsze ma na to ochotę, a czasem nawet krzyczy, by zostawiła go w spokoju. Zdradzał ją, zostawił samą z dziećmi, po czym wrócił, ale nie ze skruchą w sercu, nie z prośbą o wybaczenie, nie wrócił z miłości… Wrócił, bo nie miał wyboru, bo nie miał kto się nim zająć. I przyjęła go ona – kobieta, którą skrzywdził najbardziej. Przyjęła go z czułością i codziennie pyta, co chciałby zjeść na śniadanie.

Nie wiem jak wy, ale ja za mała jestem, żeby to zrozumieć. Nie mogę się nadziwić, jak wolna jest miłość tej kobiety! Zupełnie niezależnie od doznanej krzywdy, chce dobra nawet dla tego, który ją zranił! Nie odpowiada tym na jego miłość, bo tej brak. Odpowiada na miłość Boga. Wie, że ukochana została miłością dużą większą, razem ze swoimi grzechami i słabościami. I tylko dzięki temu doświadczeniu może kochać, kochać nawet z krzyża. Zawsze czuję się niegodna, stając w progu jej domu.

 

Luisita miała siedmioro dzieci. Omar do tej pory mieszka razem z nią, cierpi na schizofrenię i wodogłowie. On też ma swoje lepsze i gorsze dni. Czasem odmawia jej pomocy i mówi, że chce umrzeć. Ona od zawsze opiekuje się nim najlepiej jak potrafi, dba o jego leki i daje mu wszystko, co ma najlepszego, a on jej dziękuje, mówiąc że chce umrzeć. Trójka innych dzieci Luisity zginęła w wypadku samochodowym, pozostawiając swoje rodziny. Syn jednej z ofiar oczekiwał 8 miesięcy na wybudzenie swojej mamy, a na wieść o jej śmierci popełnił samobójstwo. Seniora Luz zawsze płacze, wspominając całą tę tragedię. Ta kobieta całe życie spędziła służąc innym, opiekując się, karmiąc, prowadząc do szkoły i szpitala, przewijając, podnosząc, znosząc kaprysy i humory, słuchając próśb o śmierć. I tak już będzie aż do końca. I jestem pewna, że do końca będzie umiała odpowiedzieć miłością na każde doświadczenie, które ją spotka.

 

W naszym Barrio nie brakuje takich gigantów jak Luisita. Nie brakuje cierpienia, krzywdy, płaczu i krzyków. Nie brakuje też przemocy, wyzwisk, przekleństw, chorób i samotności. Bieda czeka na każdym kroku. A mimo wszystko to tutaj, tak często jak nigdy wcześniej, doświadczam cudów zmartwychwstania. To tutaj spotykam ludzi, którzy są w stanie przezwyciężyć cierpienie, którego ja często nie jestem w stanie pojąć, pomimo tego że stoję obok, pomimo tego, że oglądam je na własne oczy. Nie rozumiejąc, chcę być z moimi przyjaciółmi.

 

Sotrom! List Agnieszki, Indie, sierpień 2017

Dodano

Sotrom! (Pokój!) 

W Chengalpattu w dni powszednie jedyna Msza jest o 6:00 rano. Do kościoła mamy na szczęście bliko, wychodzimy więc z domu kilka minut przed szóstą. Mimo wczesnej pory nasze sąsiadki są już na nogach. Słyszymy z daleka szuranie miotełek, którymi oczyszczają ulicę przed wejściem do domu. Za chwilę dokończą to czyszczenie obficie oblewając drogę wodą. Potem pochylone, w skupieniu, ale szybko i z niebywałą wprawą nakreślą kolam - geometryczny rysunek, który usypuje się z drobnego kolorowego piasku. Jest on jednocześnie uczczeniem któregoś z hinduskich bóstw, znakiem błogosławieństwa, ale i zaproszeniem - dom jest otwarty na gości. Kiedy mijamy te zapracowane od rana kobiety składamy ręce jak do modlitwy (tutejszy gest pozdrowienia) i uśmiechając się mówimy: „Sotrom!”. Podnosząc głowy znad swoich codziennych dzieł sztuki Hinduski odpowiadają nam tym samym. Może trudno w to uwierzyć, bo pewnie co jakiś czas docierają do Was jakieś niepokojące wieści o prześladowaniach chrześcijan na północy Indii, ale tutaj w Tamilnadu naprawdę żyjemy w pokoju. Na naszej ulicy mieszkają oprócz hindusów także liczni muzułmanie, protestanci i katolicy. Wszyscy są wobec siebie życzliwi, obchodzą wspólnie swoje święta, co więcej, bardzo często proszą nas o modlitwę. Momentami jest to wręcz trudne do zrozumienia, np. jedną z naszych sąsiadek – hinduskę, spotykamy codziennie przed kościołem. My wychodzimy z Mszy, a ona idzie do kaplicy pokłonić się Matce Bożej i Jezusowi w Najświętszym Sakramencie.

 

Sapdinglaa? (Czy jadłeś?) 

Życzenie pokoju to pierwsze, co słyszymy w ciągu dnia. Jednak najwięcej razy bez wątpienia musimy odpowiadać na pytania o jedzenie. Padają one, niemal automatycznie, zaraz po przywitaniu. Myliłby się jednak, ktoś kto sądzi, że to wyłącznie kurtuazja. Odpowiedzi należy wysłuchać i odpowiednio się do niej odnieść. 

Jeśli jest przecząca lub „niezadowalająca” (np. gdy mówimy, że na śniadanie jadłyśmy owoce i jogurt) zaraz otrzymujemy błyszczące stalowe pudełka na lunch, a w nich ryż i jeden z licznych gęstych warzywnych sosów. Hinduizm, (który przenika tutejszą kulturę, tak że często zachowania mające pierwotnie źródła religijne są powszechne i naturalne także dla wyznawców innych religii) wysoko ceni jałmużnę i nakazuje troskę o ubogich i głodnych. Stąd, nawet jeśli sami mają niewiele, hindusi zawsze znajdą miskę ryżu dla tego kto nie jadł. Dyshonorem jest tu też nie przyjęcie poczęstunku. Jeśli kogoś odwiedzamy wypada wypić kawę lub herbatę (przy czym oznacza to bardzo słodkie mleko z odrobiną rozpuszczalnej kawy lub herbaty), w ostateczności choćby wodę.

 

Jeśli natomiast na „Saptinglaa?” odpowie się twierdząco, zaraz sypią się następne pytania: co jadłeś? Kto gotował? Jaki przepis? Które warzywa? Jakie przyprawy? Jedzenie to tutaj ulubiony temat rozmów. Ale jest też obostrzone mnóstwem rygorów. Ogólnie w Hinduizmie (więc znów w całej miejscowej kulturze) niezwykle ważna jest czystość (rytualna, choć zawierająca w sobie też pospolite znaczenie tego słowa). Z tego powodu często istnieje wyłącznie jedna poprawna droga przygoto- wywania posiłków. Ryż należy płukać przed gotowaniem określoną liczbę razy. Mango można jeść jedynie odpowiednio pokrojone itd. Oprócz tego poszczególne potrawy są często przypisane do siebie nawzajem, a także do poszczególnych pór dnia (mimo, że właściwie zawsze jest to ryż lub jakiś rodzaj mącznych placków). No i dodatkowa gastronomiczna niespodzianka (zwłaszcza dla Polaków), tutaj ziemniaki są takim samym warzywem, jak marchew, cebula czy groszek - nie je się ich jako podstawowego dania, ale jako dodatek. Także często można trafić na ryż z... ziemniakami. 

  

Unga ur jenna? (Skąd jesteś?) 

To pytanie słyszymy zawsze, gdy spotkam kogoś nowego. Nie ukrywam, że gdy mówię „Poland”, to choć odpowiadają mi uśmiechy i potakiwania, nie mam wątpliwości, że moi rozmówcy zwykle nie mają pojęcia czy to nazwa kraju czy miasta. Z Francją jest łatwiej, w okolicy jest sporo francuskich koncernów. Ciężko jest też z Argentyną, ale czasem pomaga dodanie: „Messi, football” (jeśli ktoś ma pomysł na równie rozpoznawalny symbol Polski, proszę o kontakt). 

Z naszymi przyjaciółmi rzecz ma się o tyle łatwiej, że wystarczy dodać, że Polska to ten sam kraj, co Dominiki i Marysi (poprzednie polskie wolontariuszki), a uśmiechy natychmiast stają się szersze i bardziej szczere. Te uśmiechy, częste pytania, co u nich słychać, ale i liczne opowieści o nich, utwierdzają mnie w przekonaniu, że zbieram to czego nie zasiałam. Niewiarygodna życzliwość, wyrozumiałość i ciepło z jakim mnie tutaj przyjęto, to bez wątpienia owoc misji poprzednich wolontariuszy.

 

India rombo pidikum. Ingeda rombo santoszam! (Bardzo lubimy Indie. Jestem tu bardzo szczęśliwa!) 

Te zdania ja sama często powtarzam. Was też chciałabym o tym zapewnić. Choć wiele rzeczy jest tutaj innych, wielu spraw wciąż nie rozumiem lub nie akceptuję. Choć język jest trudny i czasem mam wrażenie, że nigdy się tamilskiego nie nauczę. Choć nie znoszę wstawać wcześnie rano. Choć bieżącą wodę mamy przez kilka dni w tygodniu. Choć, co może najtrudniejsze, czasem nawet nam trudno jest pojąć sens naszej misji. A jednak nie chciałabym być nigdzie indziej. Niczego bym nie zmieniła. 

Mam wspaniałą wspólnotę, w której świetnie się dogadujemy. Tak po prostu, po ludzku się lubimy. Sporo nas różni, ale to właśnie to sprawia, że możemy się uzupełniać i wspierać. 

Mam codzienną Mszę Świętą, mam czas na modlitwę. Ona wyznacza rytm dnia, jest tu czymś naturalnym, niezbędnym. Mam w domu kaplicę z Najświętszym Sakramentem. Dzięki temu kiedykolwiek chcę, kiedykolwiek potrzebuję, to mogę pójść tam i uklęknąć. Czasem jestem czymś zajęta i naglę słyszę dzwoneczek - znak, że jedna z moich sióstr otwiera tabernakulum i rozpoczyna adorację. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale jest coś dobrego, coś uspokajającego w tym, że ktoś się tuż obok modli.

 

Mam wyjątkową okazję być częścią życia wszystkich naszych przyjaciół. Ludzi w różnym wieku, różnych wyznań, bogatych i biednych. Często odwiedzają nas wracające ze szkoły dzieci. Grają z nami, rysują, wypiją szklankę wody. Tak po prostu wpadają do nas między lekcjami a powrotem do domu. Lubię na nie patrzeć, lubię myśleć, że mają przed sobą całą przyszłość. Ale lubię też odwiedzać kobiety w leprozorium. Ich życie jest bardzo skromne w dużej mierze zdominowane przez chorobę, ale one pozostają radosne. I choć często ich dłonie są zniekształcone, czasem mają amputowane nogi, to wierzcie mi lub nie, wciąż są piękne. I wciąż z pietyzmem codziennie zakładają sari, do tego bransoletki, kolczyki w uszach i nosie. Wciąż chcą być piękne. Jest mi dane to widzieć. Jest mi dane doświadczyć intensywności i różnorodności życia tutaj. Czasem trzymam na rękach kilkutygodniowego noworodka, który zamiast w łóżeczku sypia na kawałku starego ubrania rozłożonym na podłodze. Nazajutrz odwiedzamy naszego przyjaciela - brata jednego z najpopularniejszych tamilskich aktorów. Zna języki, kilka razy w roku lata do Europy, jego dom jest pełen francuskich antyków. Każdy z tych domów jest otwarty na naszą przyjaźń.  

 

Tak, jestem tu bardzo szczęśliwa. Wiem, że ta misja, to wyjątkowa okazja i wyjątkowe zadanie. Wiem też, że jestem tu dzięki Wam. I że jestem tak szczęśliwa właśnie dzięki Wam, szczególnie dzięki Waszej wytrwałej modlitwie. 

Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie. Szczególnie moich przyjaciół z formacji. Niektórzy z Was są już za półmetkiem swoich misji. Na pewno czasem jest Wam ciężko, ale mam nadzieje, że i Wy wciąż możecie powiedzieć: „Jestem tu bardzo szczęśliwa/y”. Również szczególne pozdrowienia dla tych, którzy są w tym miesiącu na pielgrzymim szlaku. Zwłaszcza dla Pieszej Pielgrzymki Opolskiej, z którą tyle razy wydeptywałam szlak do Czarnej Madonny. Wierzę, że w tym roku westchniecie u Jej stóp i za mną. Ja będę się łączyła z Wami duchem i obejmowała Was wszystkich modlitwą podczas naszej pieszej pielgrzymki do Vallangani. Ruszamy 21.08. Na pewno będzie to wyjątkowy czas rekolekcji w drodze. Polecam go także Waszym modlitwom. 

Na koniec chciałabym się z Wami podzielić radosną nowiną. Jesienią dołączy do nas Paulina z Polski. Polecam Waszej modlitwie ją, jej formację i przygotowanie, a także całą jej misję. 

 

Z Bogiem, 

Agnieszka Ogiolda 

 

 

„Let it go!” - List Magdaleny, Argentyna, czerwiec 2017

Dodano

Pierwszą osobą, o której chciałabym Wam opowiedzieć jest Margarita. Jest to nasza dobra znajoma, która mieszka niedaleko nas, wraz ze swoim mężem i dorosłym synem. Historia jej życia bardzo mnie poruszyła, kiedy podzieliła się nią z nami podczas ostatniej wizyty. Odwiedziłam ją wraz z siostrą Franciszką, która spędziła kilka dni w Domu Serca. Jej małżeństwo, jako jedno z nielicznych w naszej dzielnicy, które znamy, zostało zawarte na mocy sakramentu w Kościele Katolickim. Ogólnie, w naszej dzielnicy, choć wiele osób jest wierzących, niewiele jest w związku sakramentalnym. Dla Margarity natomiast, była to kluczowa sprawa, zanim zdecydowała się na stworzenie rodziny wspólnie ze swoim mężem. Co jednak jeszcze bardziej mnie poruszyło, to jej wierność w małżeństwie, w dobrym i złym czasie. Niestety spotkało ją wiele przykrych i trudnych doświadczeń; przemoc domowa, choroba nowotworowa, nałóg narkotykowy jej syna. Mimo wszystko nie straciła wiary i nadziei w to, że Bóg jest z nią w każdym z tych doświadczeń, i nieustannie ofiaruje wszystkie swoje sprawy Matce Bożej, która przynosi jej ukojenie i pokój. Z perspektywy czasu zaczęła nawet dostrzegać sens niektórych trudnych doświadczeniach, jak np. choroba, która mimo, że była dla niej trudnym przeżyciem, przyniosła kres agresywności i przemocy ze strony jej męża. Margarita jest niesamowitą osobą, ma piękne i otwarte serce i jest dla nas żywym przykładem miłości bliźniego, co można dostrzec nie tylko w jej stosunku do własnej rodziny, ale także przyjaciół. Jej dom i serce jest zawsze otwarte dla każdego, a zwłaszcza dla Celiny, naszej wspólnej przyjaciółki, która jest osobą bardzo poranioną i zagubioną, jednak przykrywa wszystkie swoje smutki i problemy ciętym żartem i twardą osobowością. Z początku zadziwił mnie fakt, iż te dwie kobiety, o tak przeciwstawnych osobowościach mogą się przyjaźnić, jednak Margarita jest dokładnie tym, czego Celina potrzebuje. Serca, nie tyle przyjaciółki, co matki, które nawet kiedy jest surowe, jest pełne miłości, wyrozumiałości i współczucia. 

 

Widać również, że Celina bardzo ceni sobie przyjaźń Margarity, i podczas ostatniego spotkania dla mam z naszej dzielnicy, które organizujemy raz w miesiącu, zaproponowała, abyśmy wspólnie świętowały urodziny Margarity. Myślę, że na zawsze zapamiętam tę kobietę, która pokazuje mi, jak zawsze dostrzegać w drugim człowieku coś więcej niż tylko jego dobre, czy złe uczynki. Co więcej, jest dla mnie przykładem wiary, nadziei i miłości, ponieważ jeśli chcemy prawdziwie kochać Boga, musimy nauczyć się kochać drugiego człowieka, którego On stawia nam obok, i musimy być Mu wierni, tak jak On jest wierny nam, oraz nie możemy tracić nadziei, niezależnie od tego, co nas w życiu spotyka. 

Niestety czasem spotykają nas przykre sytuacje, z którymi również musimy sobie poradzić. Dwa tygodnie temu pożegnaliśmy jedną z naszych dobrych znajomych, panią Neli, która zmarła w wyniku wylewu. Nie znałam jej dobrze, ale jej rodzina jest nam bardzo bliska, przez co chcieliśmy towarzyszyć jej w tym doświadczeniu. Zwłaszcza jej siostrzeńcowi, Andresowi, dla którego była ona tak ważna jak własna mama. Pewnego dnia Andres sam przyszedł do nas do domu, co prawie nigdy się nie zdarza, szukając pocieszenia w rozmowie z Guillermo. Ewidentnie potrzebował, aby ktoś go wysłuchał, zwłaszcza, że nie ma innego męskiego przyjaciela, któremu mógłby powierzyć swoje troski. Widok dorosłego mężczyzny, opowiadającego ze łzami w oczach oraz iskierką niegasnącej nadziei o operacji swojej cioci i o jej obecnym stanie, bardzo mnie poruszył. Uświadomiło mi to również, iż nasz dom, jest dla wielu osób prawdziwym miejscem ukojenia, gdzie mogą zawsze przyjść i otrzymać wsparcie i pocieszenie. Co więcej, zobaczyłam, że tak naprawdę nasza obecność jest łaską od Boga, ponieważ wielokrotnie nie możemy nic zrobić, nie jesteśmy w stanie znaleźć odpowiednich słów, aby uśmierzyć czyjś ból, lub aby pocieszyć, ale mimo to, nasze drzwi zawsze stoją otworem dla każdego, kto tylko chce przyjść i szuka pomocy. Andres poprosił nas również o to, abyśmy wspólnie z całą jego rodziną przez 9 dni modlili się nowenną różańcową w intencji jego zmarłej cioci. Pierwszego dnia kiedy rozpoczęliśmy nowennę, uczestniczyłam w tej modlitwie wspólnie z Guillermo, który naświetlił całej rodzinie czym jest różaniec, dlaczego się nim modlimy i co nam daje ta modlitwa. Nie jest to żadnego rodzaju magia czy przetarg z Bogiem, nie zabierze nam naszego bólu i często nie rozwiąże naszych problemów, ale ofiarowanie się w opiekę Matki Bożej da nam pokój, którego potrzebujemy, ponieważ często jesteśmy wewnętrznie rozbici. Widok całej rodziny zjednoczonej w jednym domu na wspólnej modlitwie różańcowej był dla mnie jedną z najpiękniejszych chwil jakie mnie tutaj spotkały. Wcześniej Andres praktycznie nie rozmawiał ze swoimi siostrami, ani ze swoja mamą. Jednak śmierć osoby tak bliskiej i ważnej dla całej rodziny, przyniosła nie tylko smutek i żal po jej utracie, ale nade wszystko łaskę pojednania i zjednoczenia.

 

Zarówno przykład Margarity, jak i Andresa, są dla mnie ogromnym powodem do radości, którą chciałam się z wami podzielić. 

 

Na koniec chciałam Wam opowiedzieć po krótce o urodzinach Kevina, chłopaka naszej przyjaciółki Gimeny. Zaprosiliśmy ich oboje na wspólną kolację, aby świętować jego urodziny. Tego dnia miałam moją permanencję, co oznaczało, że byłam odpowiedzialna za gotowanie i przygotowanie tortu urodzinowego. Ogólnie bardzo lubię gotować i piec, jednak tym razem, czy to z braku czasu, czy też z braku przyłożenia się do zaplanowanego zadania, zepsułam zarówno kolację, jak i ciasto. Najpierw Gimena pomogła mi uratować niedosmażone kotlety, a następnie po wyciagnięciu całkiem dobrze prezentującego się na zdjęciu zakalca, mogliśmy podziwiać tylko jego wygląd, a nie smak. Mimo wszystko spędziliśmy bardzo miły wieczór w towarzystwie naszych przyjaciół, grając w karty, opowiadając różne historie oraz śmiejąc się z moich umiejętności kulinarnych i nie tylko. I tak jak wspomniałam Wam wcześniej o mojej naturze perfekcjonistki, tak tym razem naprawdę cieszyłam się z tego, że wyszło tak a nie inaczej, bo doceniliśmy wszyscy to, co jest najważniejsze. Nie liczy się tylko jedzenie i to, żeby wszystko nam wyszło idealnie. Czasem możemy wszystko popsuć, ale liczy się to, że otaczają nas osoby, które nas akceptują i kochają, chcą spędzić z nami czas, a nie tylko zjeść wspólnie posiłek. Czasem warto pozwolić sobie na błędy, ukorzyć się i odpuścić cały ten sztywny perfekcjonizm, aby ludzie mogli pokochać nas takimi jakimi jesteśmy. Niedoskonali. Jednak doskonali w oczach Boga, co nie znaczy, że wszystko musi nam zawsze wychodzić idealnie. Jak mówią słowa piosenki z bajki „Kraina Lodu”: „Let it go!” (zostaw/odpuść/„daj spokój”). 

 

Zatem chciałabym Was zachęcić abyście „odpuścili” w swoim życiu wszystkie te rzeczy, które Was zniewalają, ograniczają, zamykają na drugą osobę. Nie czekajmy na życzenia Bożonarodzeniowe podczas łamania się opłatkiem, aby się pojednać i przebaczyć sobie różne urazy, nie wściekajmy się jeśli coś nam nie wyszło tak, jak chcieliśmy, nie troszczmy się tylko o to, co powiedzą goście na obficie zastawiony stół, wszelkiego rodzaju pysznościami, ale usiądźmy wspólnie przy obiedzie czy kolacji, wypijmy wspólnie kawę lub herbatę, porozmawiajmy, albo, co więcej, jeśli możemy pomódlmy się wspólnie różańcem. I nawet jeśli kogoś brakuje, nie myślmy o nim źle, ale módlmy się za niego i za nas o jedność, zrozumienie i miłość.

 

Życzę Wam kochani wielu pięknych momentów każdego dnia! Zawsze dzielcie się miłością i radością z drugą osobą, bo wówczas nasza radość i miłość się powiększa! 

 

                                                Magdalena, Dom Serca im. bł.Karola de Foucauld,

                                                                                       Argentyna, czerwiec 2017