W pozbawieniu wolności odkryć prawdziwą wolność

Dodano

Adriana Arango Muñoz, znana kolumbijska dziennikarka, prezentuje nam wymowne świadectwo tego, czego nauczyło ją bolesne doświadczenie więzienia.

 

Adriana Arango Muñoz urodziła się w Medellin, w Kolumbii, 30 grudnia 1964 roku. Studiowała komunikację spoleczną i dziennikarstwo. W wieku 24 lat przeprowadziła się do Bogoty i pracowała w wielu znanych kolumbijskich kanałach telewizyjnych i radiowych. Dzięki swej radości, spontaniczności i profesjonalizmowi stała się jedna z najbardziej kochanych przez Kolumbijczyków dziennikarek i prezenterek. Ma troje dzieci, Juana Estebana i Marianę Ramirez z pierwszego malżeństwa oraz Natalie z drugiego małżeństwa z Juanem Coyem.

 

W 2003r. Javier Coy założył firmę eksportową. Wtedy Adriana zdecydowała się zostawić pracę w mediach i pomóc mężowi w prowadzeniu interesu. Firma zaczęła się rozrastać, zdobyli pozwolenie na eksport kawy. Wkrótce potem wypuścili na rynek kwiaty. Zdecydowali się też rozszerzyć działalność i sami zajęli się wszystkimi etapami tego procesu, począwszy od produkcji kwiatów, (aby to zrobić wynajęli tereny w regionie Sabana w Bogocie) aż po ich sprzedaż w Buenos Aires, Santiago, Londynie, Nowym Jorku i Moskwie. Otworzyli biura we wszystkich tych miastach. Wzrost firmy pociągnął za sobą ogromny wkład finansowy, którego ani Adriana ani Javier nie mieli. Zwrócili się więc o pożyczki do rodziny i przyjaciół. Pożyczki wysoko oprocentowane.

 

 

W 2008r. mieli już niezliczone długi, które chcieli spłacić pożyczką z Narodowej Giełdy Rolnej, której jednak nigdy nie dostali. Adriana mówiła: ,,było to bardzo bolesne doświadczenie, bardzo nieodpowiedzialne. Nie byłam w stanie stwierdzić:,>Jesteśmy w tarapatach<. I żeby nie wypaść źle przed ludźmi, brnęliśmy w to, mysląc, że będziemy mogli sprzedać firmę. To trwało prawie 2 lata”.

 

Szybko nadszedł pozew, konfiskata majątku i w końcu więzienie. ,,Wystartowaliśmy nieprzygotowani, firma nadmiernie się rozrosła i byliśmy przekonani, że znajdziemy na nią środki. Całe to multimilionerskie przedsięwzięcie zostało zakopane tam, w uprawach. I tam są wszystkie pieniądze" - opowiadała Adriana w jednym z wywiadów. Zostali skazani na 7 lat pozbawienia wolności za bezprawne przejęcie pieniędzy, niezwrócenie ich oraz poważne oszustwo. Aby dostać obniżenie kary do połowy, musieli zgodzić się z ostatnim zarzutem. Adriana przebywała przez 9 miesięcy w więzieniu dla kobiet, a potem mogła odbyć resztę kary w domu, natomiast Javier odbył całość w ośrodku karnym.

 

Kilka tygodni temu zapragnęłam dowiedzieć się, jak skończyła się ta bolesna historia i na nowo zetknęłam się z Adrianą Arango, kobietą o niezwykłej sile i wierze, która we wszystkim co się wydarzyło potrafiła dostrzec szansę. Pasjonujący życiorys i przykład pokory, wiary oraz wytrwałości.

 

6 sierpnia 2015r. wyszła na wolność i udzieliła wywiadu: ,,Jak stwierdził mój mąż, było to najważniejsze, najglębsze i najbardziej wartościowe wydarzenie w naszym życiu, ponieważ od chwili utraty wolności odzyskałam prawdziwą wolność. Po kilku dniach w więzieniu zapytałam sama siebie  >I ja, dlaczego tu jestem?<. Nie w sensie dlaczego tak sie stało, ale w sensie czego muszę się nauczyć i co mogę od siebie dać z mojego ja, z mojego doświadczenia. Zdałam sobie sprawę, że moja rzeczywistość, oprócz tego, że jej nie chcialam, wystydziłam się jej, oprócz tego, że była bolesna i bardzo trudna, bardzo różniła się od rzeczywistości innych kobiet w więzieniu. Ja miałam wykształcenie, rodzinę, która mnie odwiedzała, przyjaciół, którzy nigdy mnie nie opuścili. Uświadomiłam sobie, że pośród wszystkich tych trudności miałam coś do zaoferowania moim koleżankom. Zaczęłam pracę w więziennej gazecie. To doświadczenie z moimi towarzyszkami z więzienia ukazało mi, co naprawdę chcę robić w życiu i że to, czego pragnę, to służyć innym".

 

Kilka tygodni po odzyskaniu wolności, Adriana spotkała niespodziewanie podczas rekolekcji jednego z wierzycieli, który na nią doniósł: "Bez źadnej urazy mężczyzna wręczył mi kwiat i ten wlaśnie szczegół, a nie bransoleta, którą monitorowano mnie 24 godziny na dobę, uwolnił moją duszę. Zaakceptowanie swojego błędu i stwierdzenie >pomyliłam się< – to tak naprawdę czyni cię wolnym”.

 

Nauczyła się żyć z radoscią na 60 metrach kwadratowych, przez ponad 6 lat. Pośród trudności, z wielką nadzieją i ufnoscią, na nowo odkryła wartość małych rzeczy, nie pragnąc przy tym robić czy żyć ponad to, co przypadlo jej w udziale. Mieszkając w swoim domu-więzieniu mówila: "Nauczyliśmy sie żyć tym, co mamy, jest tego niewiele, ale wiemy, że mamy wszystko… Nauczyłam się żyć obecną chwilą i dla mnie jest to osiągnięcie i jedna z nauk otrzymanych w tym czasie. Niczego nie oczekuję, nie wybiegam w przyszłość, uwielbiam ten czynnik niepewności w dobrym tego słowa znaczeniu. Wiem, źe wstaję rano i daję z siebie to, co najlepsze, że staram się być dobrym człowiekiem. Zaakceptowałam siebie, wybaczyłam sobie, poprosiłam o wybaczenie… Dla mnie ten proces oznacza odnalezienie na nowo tej Adriany, która wznosi się ponad pozorami, imieniem czy karierą. Po prostu robię rzeczy z milości i z przekonania i to właśnie sprawia, że jestem szczęliwa”.

 

Carolina Arambarry

Free solo czy dreszczyk wolości?

Dodano

Jeśli Free Solo zaskoczył wszystkich, zdobywając w niedzielę 23 lutego w Hollywood Oscara za najlepszy film dokumentalny, to nie dlatego, że na to nie zasłużył. W „aktualnym klimacie”, wiele osób spodziewało się, że  nastroje polityczne wpłyną również na wybór w tej kategorii i przeforsują wygraną dokumentu o Ruth Bader Ginsburg. Dzięki Bogu, sztuka zwyciężyła nad polityką. Co więcej, udokumentowana przez Jimmy Chin i Elizabeth Chai Vasarhelyi wspinaczka oferuje „aktualnemu klimatowi” bardzo potrzebne otwarcie na zagadnienia dotyczące wielkości ludzkiej duszy, wolności i pragnienia nieskończoności.

 

 

Kręcony przez kilka lat film podąża za Alexem Honnoldem, który przygotowuje się do wyczynu, jakiego nikomu wcześniej jeszcze nie udało się osiągnąć. Chce wspiąć się na el Capitana stylem free solo. El Capitan to wysoki na 1 kilometr granitowy mur, matka królowej skał, położona w Parku Yosemite w Stanach Zjednoczonych. Czym jednak jest „free solo”? W wspinaczce określeniem „free-solo climbing” opisuje się wspinanie bez zabezpieczeń. Mając do dyspozycji tylko własne dłonie, stopy oraz woreczek z magnezją, która absorbuje pot z dłoni. Bez haków, bez liny. Bez żadnego zabezpieczenia.

Kiedy myślimy o sportach ekstremalnych, od razu wyobrażamy sobie sportowców spragnionych silnych wrażeń, którzy przeciwstawiają się śmierci, by podnieść poziom adrenaliny i zapisać się w historii. Alex Honnold jest daleki od tego stereotypu. Jego krewni przywołują samotne i spokojne dzieciństwo. Dziś, w wieku 33 lat, mieszka w swojej furgonecie z górami jako jednym towarzyszem. Uderza swoją prostotą i trzeźwością.

Co sprawia, że Alex decyduje się stawić czoła śmierci na pionowej ścianie, przed która drżą najbardziej doświadczeni wspinacze? Zawieszony w pustce, bez możliwości odwrócenia się, zdany na opuszki swoich palców i prawie niewidoczne reliefy z granitu, samotny i tajemniczy pielgrzym poszukujący wysokości, Alex, odpowiada: "Myślę, że to, co skłania mnie do tego, to ta sama rzecz, która prowadzi innych do religii.... Potrzeba czuć się małym, czuć, że ja należę do czegoś większego....". 

Idąc w ślady jury przyznającego Oscary, musimy również docenić pracę osób zaangażowanych w produkcję filmu. Doświadczeni we wspinaczce reżyserowie i długoletni przyjaciele również kładą swoje życie na szali. Wiedzą, że filmując wspinaczkę Alexa, utrudniają jego zadanie. Najmniejsze rozproszenie uwagi, najmniejszy błąd, a upadek stanie nieunikniony i śmiertelny. Kręcenie zmagań wspinacza staje się integralną częścią przygody – kamerzyści, tak samo jak Alex, mają prawo do popełniania błędów.

Dokument zaprasza nas nie tylko do udziału w wydarzeniu o walorach sportowych i artystycznych. Zaprasza nas do otwarcia się na wydarzenie ludzkie. Tytuł „Free solo” jest odpowiedni również dlatego, iż film opowiada o samotności i o poszukiwaniu wolności. Nie wszyscy jesteśmy powołani, aby wspiąć się na el Capitana, ale nasza wspinaczka po linii życia jest nie mniej ryzykowna, nie mniej zawrotna. Samotność wspinacza przypomina to, co kochał kontemplować Jan Paweł II - również miłośnik gór – czyli pierwotną samotność człowieka wobec nieskończoności.   Na pionowej drodze, która prowadzi do Boga, każdy krok wolności wymaga, abyśmy zaryzykowali nasze życie, narażając je na niebezpieczeństwo, którym jest ufność w znaki teraźniejszości.

Paul Anel

 

 

 

Hanna Chrzanowska, od słuchania do świętości w szpitalnym świecie

Dodano

Ta niedawno ogłoszona pielęgniarka zmieniła świat zdrowia w Polsce. Z okazji Światowego Dnia Ubogich, który odbywa się w niedzielę, 18 listopada, Papież Franciszek napisał: "Aby rozpoznać ich głos, potrzebujemy ciszy słuchania". Bez wątpienia życie Hanny Chrzanowskiej w mistrzowski sposób ilustruje to stwierdzenie: słuchanie cierpienia i ciągłe spojrzenie na pecjentów poszerzyło jej życie, aby dać jej wielką płodność. Wywiad z Kamilą Róg, pielęgniarką, obecnie wolontariuszką Domu Serca w Brazylii.

 

Kim była bł. Hanna Chrzanowska?

Odpowiedzenie na to pytanie wcale nie jest proste. Żeby móc zrozumieć bł. Hannę Chrzanowską trzeba poznać i zrozumieć  zarówno kontekst historyczno-kulturowy w którym się wychowywała i żyła, jak również trzeba móc nadążyć za jej działalnością, ponieważ bez wątpienia - Chrzanowska to co najmniej kilkanaście osób w jednym ciele.  Zamiłowanie do pielęgniarstwa zaszczepiła w niej ciotka – Zofia Szlenkier, siostra matki Chrzanowskiej. Była ona fundatorką dziecięcego szpitala w Warszawie. Już w czasie jego powstawania zabrała ona małą Hanię na plac budowy, gdzie później w wieku 12 lat dziewczynka była leczona na czerwonkę. Jak dowiadujemy się z jej osobistych zapisków, wydarzenie to bardzo pozytywnie wpłynęło na świadomość dziecka, a w szczególności opieka i troska pani Anieli - jednej z pielęgniarek. Jedyną działającą szkołą pielęgniarstwa w Polsce była wtedy Szkoła Zawodowych Pielęgniarek Stowarzyszenia PP. Ekonomek św. Wincentego à Paulo w Krakowie, a samo szkolnictwo pielęgniarstwa w żadnej mierze nie przypomniało obecnego. Hanna Chrzanowska żyła w czasach wydarzeń I i II wojny światowej. Ta druga jest dla Hanny okresem niezwykle bolesnym. Najpierw w trakcie bombardowań Warszawy umiera jej ukochana ciotka Zofia, następnie aresztowano jej ojca i wywieziono wraz z innymi profesorami do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, gdzie umarł; a kilka miesięcy później w Katyniu został zamordowany przez sowietów jej jedyny brat. Ale zacznijmy od początku…

 

 

Hanna Chrzanowska urodziła się 7 października 1902 roku w Warszawie. Pochodziła z zamożnej rodziny, w której ojciec – Ignacy Chrzanowski był znanym profesorem literatury. Gdy Hanna miała 8 lat, rodzina przeprowadziła się do Krakowa, gdzie prof. Chrzanowski objął katedrę na Uniwersyteckie Jagiellońskim. Hanna uczy się najpierw prywatnie, następnie kończy gimnazjum sióstr Urszulanek z wyróżnieniem i zdaniem matury. Wychowana w domu, w którym dużą wagę przywiązywano do działalności dobroczynnej, po maturze kończy krótki kurs pielęgniarski by móc pomagać ofiarom wojny. W 1920 roku rozpoczyna studia polonistyczne, które przerywa, kiedy dowiaduje się o otwarciu w Warszawie Szkoły Pielęgniarstwa. Od tego momentu Chrzanowska w pełnym oddaniu poświęca się pielęgniarstwu. Po ukończeniu szkoły wyjeżdża na stypendia do Francji i Belgii, gdzie pogłębia swoją wiedzę, w szczególności w zakresie pielęgniarstwa społecznego. Jako pielęgniarka pracowała w roli instruktorki w Uniwersyteckiej Szkole Pielęgniarek i Higienistek w Krakowie. Redagowała pierwsze zawodowe czasopismo pielęgniarskie w Polsce „Pielęgniarka Polska”. Publikowała wiele prac z dziedziny pielęgniarstwa. Brała czynny udział w przygotowaniu uchwalonej przez Sejm „Ustawy o pielęgniarstwie”. Była zaangażowana w powołanie Katolickiego Związku Pielęgniarek Polskich. Kiedy wybuchła II wojny światowa zgłosiła się do Krakowa jako ochotniczka w Polskim Komitecie Opiekuńczym, gdzie mocno zaangażowała się w opiekę nad uchodźcami, więźniami i przesiedlonymi. Szczególne miejsce w jej sercu zajęły osierocone dzieci, również żydowskie – którym znajdowała rodziny zastępcze. Trzeba zaznaczyć, że doświadczenie wojny i cierpienia jakie ze sobą niosła było szczególnym czasem przybliżania Chrzanowskiej do Boga, szukania w Nim oparcia, odkrywania siły modlitwy i Eucharystii. Po wojnie Chrzanowska wykładała pielęgniarstwo społeczne w Uniwersyteckiej Szkole Pielęgniarsko – Położniczej. Wyjechała na stypendium do USA, gdzie pogłębiała swoją widzę w zakresie pielęgniarstwa domowego. W 1957 r. objęła funkcję dyrektorki Szkoły Pielęgniarstwa Psychiatrycznego w Kobierzynie. Znając problemy wielu schorowanych ludzi – samotnych, opuszczonych i niepełnosprawnych, pozbawionych jakiejkolwiek opieki, postanowiła zorganizować dla nich opartą o struktury kościelne i niezależną od niewydolnej państwowej służby zdrowia fachową pomoc pielęgniarską. Opublikowała artykuł w Tygodniku Powszechnym pt. „Świat nie jest pusty, który zawierał całą tragiczną prawdę o losie bezimiennych chorych leżących w domach, pozbawionych elementarnej opieki. Odzew był natychmiastowy. Zgłaszali się ochotnicy do pracy i napływały pieniądze, za które zakupiono najpotrzebniejsze środki do opieki medycznej. W ten sposób zorganizowała absolutnie pionierskie przedsięwzięcie - pielęgniarstwo parafialne, z którym zwróciła się do ks. Karola Wojtyły oraz proboszcza parafii Mariackiej – ks. Ferdynanda Machaya. Przy wsparciu ze strony władz kościelnych, zorganizowała placówki pielęgniarstwa parafialnego w Krakowie i całej archidiecezji. Skupiła wokół tego dzieła szerokie grono współpracowników i wolontariuszy. Były wśród nich pielęgniarki, siostry zakonne, klerycy, księża, lekarze, profesorowie i studenci. Z ich pomocą zorganizowała dla swoich podopiecznych rekolekcje wyjazdowe, które dodawały chorym radości życia i sił potrzebnych do niesienia codziennego krzyża. Dzięki jej staraniom upowszechnił się zwyczaj odprawiania Mszy Świętej w domu chorego oraz odwiedzin chorych w ramach wizytacji duszpasterskich. Na wniosek kard. Karola Wojtyły, Ojciec Święty: Paweł VI odznacza ją medalem „Pro Ecclesia et Pontilice”. Życie wewnętrzne Hanny zostało uformowane w znacznej mierze wg duchowości św. Benedykta „módl się i pracuj” – od 1956 r. jest oblatką Opactwa Tynieckiego. Służąc całe życie chorym i cierpiącym coraz wyraźniej uświadamia sobie, że służy w nich samemu Chrystusowi.

Hanna Chrzanowska umarła w Krakowie, 29 kwietnia 1973 r. Uroczystość beatyfikacji obyła się 28 kwietnia 2018 w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach.

 

Kościół wyniósł Hannę Chrzanowską do godności błogosławionej. Jakie przesłanie wnosi ona swoim życiem dla naszych czasów? W jaki sposób przybliża nam ona Królestwo Boże tu, na ziemi?

Myślę, że Chrzanowska swoim życiem w sposób bardzo konkretny pokazuje, że świętość jest tu i teraz i że jest dla każdego bez względu na wiek. Trzeba zaznaczyć, że to wcale nie było tak iż urodziła się ona z darem dostrzegania cierpiącego oblicza Boga w drugim człowieku. Zaczęła rozumieć tą tajemnicę z czasem, szukając odpowiedzi na sens cierpienia, którego w jej życiu i otoczeniu nie brakowało. Nie zatrzymywała się na powierzchni, ale stawiała pytania i szukała sensu. „Szukajcie, a znajdziecie” /Mt7,7/. Swoje nawrócenie przeżyła w wieku 30 lat. To właśnie od tamtego momentu źródłem jej codziennych aktywności jest Bóg. W Polsce mówi się o Chrzanowskiej jak o drugiej „Matce Teresie z Kalkuty”. Jakże prostym i banalnym byłoby stwierdzić, że św. Matka Teresa mogła być świętą, bo była w Kalkucie, bo było dużo potrzebujących… było łatwiej. A u nas? U nas już trudniej być świętym, u nas nie ma Kalkuty. Czy na pewno? Kilkadziesiąt lat później bł. Hanna pokazuje, że to wcale nie jest prawda. Że tak naprawdę cierpienie jest wszędzie jeśli tylko jesteśmy na nie wrażliwi i chcemy je dostrzec. Myślę, że mnie osobiście konfrontuje najpierw z tym pytaniem: Czy ja chcę i jaka jest moja postawa względem cierpienia?

Podczas jej pogrzebu kardynał Karol Wojtyła powiedział:  „Dziękujemy ci, Pani Hanno, że byłaś wśród nas…, że byłaś wśród nas jakimś wcieleniem Chrystusowych błogosławieństw z Kazania na Górze, zwłaszcza tego, które mówi: „błogosławieni miłosierni”.

Papież Franciszek o dziełach miłosierdzia powiedział tak: „Są drogą wymagająca, ale w zasięgu wszystkich. By wypełniać uczynki miłosierdzia nie trzeba iść na uniwersytet i uzyskać dyplom. Wszyscy możemy wypełniać uczynki miłosierdzia. Wystarczy, że każdy z nas zacznie zadawać sobie pytanie: Co mogę uczynić dzisiaj, żeby pomóc w potrzebie mojemu sąsiadowi?”. W trakcie wojny pomaga ofiarom. Po wojnie nie ma już ofiar, ale są uchodźcy, przesiedleńcy, sieroty i wdowy. Kiedy wykłada na uniwersytecie jest dla uczennic nie tylko wykładowcą, ale również wychowawcą i matka w jednym. Potem dostrzega samotność osób starszych. Na tu i na teraz widzi potrzeby i nie przechodzi obojętnie. To jest drugie pytanie jakie stawia: „Jesteś zimny, letni czy gorący? Czy odpowiadasz?”. A to pytanie prowadzi już do samego Źródła. Dlatego, że cierpienie samo w sobie jest dla człowieka za trudne, zbyt bolesne, samemu nie można konfrontować się z cierpieniem. Tylko i tylko wtedy jeśli przyjmiemy postawę, że cierpienie jest tajemnicą i że w każdym cierpiącym jest oblicze Jezusa z Kalwarii – tylko wtedy można naprawdę z miłością i radością serca wytrwać w posłudze i obecności wśród cierpiących. Współczuć a nie lamentować.

 

Co dla Ciebie oznacza, że była pielęgniarką?

Zawsze ilekroć poznaję nowych ludzi i mówię im, że jestem pielęgniarką to pada z ich strony poważne stwierdzenie: „To musi być ciężka praca”. W takich sytuacjach bardzo zdecydowanie odpowiadam: „Tak, to prawda, ale jeśli o mnie chodzi, to nie wyobrażam sobie tej pracy bez wiary w Boga i bez dostrzegania Go w drugim człowieku. Po prostu się nie da.”. Hanna Chrzanowska jest pierwszą błogosławioną pielęgniarką świecką. Jest wzorem w powołaniu jakim jest pielęgniarstwo. Dlatego ja osobiście jestem wdzięczna Bogu za dar życia bł. Hanny Chrzanowskiej, która jest dla mnie potwierdzeniem, bardzo konkretnym – że w mojej pracy pomagam Cierpiącemu, że chodzi o coś więcej niż tylko przyjście i wyjście z pracy. Ona jakby pokazuje czym należy się kierować w pielęgniarstwie. Pokazuje co jest najważniejsze. Nazywana „siostrą naszego Boga”, na wzór św. brata Alberta - „brata naszego Boga”. Poprzez swoje życie Hanna przez to, że jest wzorem, jest także rachunkiem sumienia dla nas - pracowników służby zdrowia. Lub jak to określił kard. Macharski „sumienie środowiska pielęgniarskiego”. Myślę, że niestety, ale jednak tak jest – jeśli spotykamy się z cierpieniem dzień w dzień, w różnych okolicznościach zarówno zewnętrznych tj. system, praca zmianowa, 12-godzinne dyżury, stres; i wewnętrznych tj. trudna sytuacja rodzinna, temperament - to istnieje duże ryzyko, że przyzwyczaimy się do cierpienia na tyle, że przestaniemy być na nie wrażliwi. A pytanie, które bardzo często zadawała błogosławiona brzmiało: „Czy chory jest pierwszy?”. Zresztą, oddajmy jej głos:  „(…) my się zastanówmy nad tym jak się chorym powodzi w szpitalach? Czy my jesteśmy zadowolone z poziomu usługi choremu przez pielęgniarki? Dlaczego (…) chorzy boja się szpitali? Dlaczego chorzy wychodzą ze szpitala zaniedbani? Dlaczego (…) chora staruszka nie była ani razu myta w szpitalu i sama się nacierała, żeby nie dostać odleżyn? Dlaczego tak się dzieje? Czy tylko dlatego, że pielęgniarek jest mało? Czy nie ma pielęgniarek siedzących w dyżurkach myślących o czym innym niżli o chorym? (…) Ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że ówczesny czas jest czasem trudnym. Wszyscy dobrze wiemy, że istnieje znieczulica społeczna tak zwana.”

/fragment wypowiedzi bł. Hanny Chrzanowskiej/

 

 

Osoby, które znały błogosławioną osobiście często mówią o niej używając sformułowania „cioteczka”. Skąd to się wzięło?

Hanna Chrzanowska poświęcała swój czas nie tylko chorym i cierpiącym, ale również jako instruktorka w Szkole Instruktorek Pielęgniarstwa w Warszawie, później kierownik szkolenia w otwartej opiece zdrowotnej oraz pełniąca funkcję wicedyrektorki w Państwowej Szkole Pielęgniarstwa w Krakowie – spędzała ogrom czasu z młodymi ludźmi, którzy nie byli dla niej obojętni. Rozumiała, że uczenie samego „przedmiotu” nie wystarcza, ale że równie ważne jest uczenie o „podmiocie”, o autentycznej służbie drugiemu człowiekowi; uwzględniając nie tylko potrzeby zdrowotne, ale również duchowe; ciągle zwracając uwagę na poszanowanie ludzkiej godności. Nie oceniała, ale pomagała wtedy, kiedy uczennice sobie nie radziły, albo kiedy zderzały się z trudną sytuacją chorego, która na początku po ludzku, bez doświadczenia, może przerażać. To właśnie przez to - ciepłe i z poczuciem humoru podejście do młodych - potrafiła ich wokół siebie i podejmowanych działań gromadzić. Podobnie jak ks. Karola Wojtyłę nazywano „wujkiem”, Hanna Chrzanowska stała się dla młodych „cioteczką”. Myślę jednak, że szło za tym coś więcej – była dla nich autorytetem. Chrzanowska wiedziała, że aby w pełni służyć drugiemu człowiekowi konieczne jest kształtowanie jego postawy i serca. To jest coś czego chyba w dzisiejszym świecie, również pielęgniarstwie brakuje, zarówno na poziomie edukacji jak i potem, w pracy. Brakuje niestety autorytetów. Hanna jako pierwsza zadbała o rekolekcje dla uczennic i osób zaangażowanych w pracę z chorymi. Organizowała konferencje. Ona nie tylko uczyła, ale wychowywała do życia. Kiedy człowiek nie wraca do źródła sensu dlaczego to robi – łatwo ten sens zgubić, albo o nim zapomnieć. I tutaj chciałabym przytoczyć wspomnienie pani Heleny Matogi – jednej z uczennic: „Wigilia (…). Dla szesnastolatki, która po raz pierwszy spędzała czas poza domem, miał to być jeden z najtrudniejszych dni. Tęskniła straszliwie za domem i rodziną. Surowa dyscyplina szkoły pielęgniarskiej w Krakowie jeszcze pogłębiała poczucie braku rodzinnego ciepła. (…) Helena zeszła na dół. Otworzyła drzwi do jadalni i oniemiała. W kącie stała jarząca się światełkami choinka, a przy drzwiach wyciągała do niej ręce odświętnie ubrana pani Chrzanowska (…) – Pani Chrzanowska podchodziła do każdej z nas, z każdą posiedziała i porozmawiała. Nie było, żadnej innej instruktorki, tylko ona (…)

 

Jakie pytania bł. Hanna Chrzanowska zadaje dzisiejszemu systemowi służby zdrowia?

Hmm… Myślę, że odpowiedź znajduje się w napisanym przez nią „Rachunku sumienia dla pielęgniarek” I choć zatytułowany jest „dla pielęgniarek” to tak samo może dotyczyć on lekarzy czy każdego innego zawodu medycznego. Zatem…owocnej lektury!



Artykuł napisany w oparciu o:

  1. „Siostra naszego Boga. Niezwykła historia Hanny Chrznowskiej” Paweł Zuchniewicz

  2. www.hannachrzanowska.pl

  3. http://niedziela.pl/artykul/21441/nd/Hanna-Chrzanowska---sumienie-pielegniarek

 

Ojczyzna przejściowa

Dodano

autor: Maria Borkowska

 

Tego roku takie słowa jak "ojczyzna" i "niepodległość" wybrzmiewają szczególnie często w polskiej przestrzeni publicznej.

 

Trwające obchody setnej rocznicy odzyskania wolności przez kraj, który na ponad 120 lat pogrążył się w państwowym niebycie, zmuszają do zastanowienia się nad prawdziwą wartością tych właśnie pojęć. Jakie mogą mieć one znaczenie w zglobalizowanym świecie, który, zwłaszcza w swym europejskim "dominium" rozmywa granice różnic narodowych? W Polsce, po latach lękliwego milczenia nad tematem miłości do ojczyzny, w pewnych kręgach zapanowała moda na patriotyzm, a w inych znowu dało znać o sobie jego zdeformowane oblicze zwane nacjonalizmem.

 

Tymczasem czym jest prawdziwy patriotyzm?

 

Nie ten oparty na przelotnym trendzie, kontrze, czy też pierwotnym instynkcie, ale ten, który może zasiewać w serca ludzi odwagę uzdalniającą do poświęcenia życia dla ojczyzny. Istotne jest tutaj użycie właśnie słowa "ojczyzna", bo ona, a nie twór państwowy, stanowi fundament patriotyzmu. Tę prawdę doskonale ilustruje historia Polski, która na długi czas została starta z mapy świata, naród został poddany depolonizacji, a elita zmuszona była szukać schronienia u innych narodów. Mamy tu do czynienia z sytuacją, kiedy nie można już mówić o istnieniu państwa, ale, paradoksalnie, kiedy ojczyzna zaczyna świecić blaskiem jaśniejszym i szlachtniejszym niż kiedykolwiek. Jest to czas, kiedy przebudzili się najwięksi bohaterowie narodu i kiedy zakrwawiona ziemia wydała najpiękniejsze owoce sztuki. Czas zaboru stał się czasem rozkwitu polskości i patriotyzmu – tej tajemniczej miłości do ojczyzny.

 

Jak pisze Święty Jan Paweł II "patriotyzm oznacza umiłowanie tego, co ojczyste: umiłowanie historii, tradycji, języka, czy samego krajobrazu ojczystego." (1) Jednak patriotyzm nie jest oparty jedynie na imponderabiliach, a tym bardziej nie na sentymentach. Jak dalej rozważa Papież "w obrębie pojęcia <<ojczyzna>> zawiera się jakieś głebokie sprzężenie pomiędzy tym, co duchowe, a tym, co materialne, pomiędzy kulturą a ziemią". (2) Dlatego miłość do ojczyzny może ośmielić ducha narodu do walki o przywrócenie odebranego dziedzictwa.  Dla Świętego Jana Pawła II pojęcie "ojczyzna" jest ściśle powiązana z relacją Syna i Ojca, którą Chrystus przez wcielenie, śmierć i zmartwychwstanie, przeniósł na relację ludzkość – Ojciec. "Odejście Chrystusa otwarło pojęcie ojczyzny w kierunku eschatologii i wieczności (...), a "inspiracja wiecznej ojczyzny zrodziła gotowość służenia ojczyźnie doczesnej." (3) Historia narodów zostaje powiązana w rozważaniach Papieża z historią zbawienia. (4) Ujmowana w tej perspektywie ojczyzna doczesna zostaje nam zadana, jako droga prowadząca do ojczyzny wiecznej. W ten sposób patriotyzm nie jest już dłużej wstydliwie skrywanym uczuciem, lekko ośmielanym przy okazji narodowych świąt, ale staje się autentyczną postawą zakorzenioną w chrześcijańskiej koncepcji odkupienia.

 

1 Jan Paweł II, Pamięć i tożsamość,  Kraków 2005, s. 71.

2 Ibidem,  s 67.

3 Ibidem,  s. 69.

4 Cf. ibidem,  s. 76.

                                                                                                        

Artykuł na blogu:   http://terredecompassion.com/2018/07/18/anniversaire-de-la-pologne-redecouvrir-le-bien-fonde-du-patriotisme/